O MOJEJ DUSZY

DODAJ MOJĄ DUSZĘ
-PROLOG: ZADANIE
-Rozdział 1: DRUGI ŚWIAT
-Rozdział 2: YAKUZI
-Rozdział 3: KWIAT RUBINU
-Rozdział 4: DWA SNY
-Rozdział 5: ANIOŁY
-Rozdział 6: GOOD-BYE
-Rozdział 7: KATZE BLOOD
-Rozdział 8: RÓWNINY
-Rozdział 9: TORY DO NIEBA
-Rozdział 10: KOLACJA I RÓŻE
-Rozdział 11: TAK KOCHAM
-Rozdział 12: CIEŃ WE WŁO...
-WPISZ SIĘ
-ZOBACZ

Licznik: 1
Moja galeria w deviantart
Kliknij Tutaj aby zobaczyć Ruiny Warszawy

OCENY
Elfie Oceny
Mini-ocenki
Kamakaj
Platynowe-oceny



•Wróciłam grzesznicy ;]•
sobota, 4 kwietnia 2009
13:28:16
komentarze [1]

Obiecałam, że wrócę? A więc co z tego, że dopiero... teraz a nie parę miesięcy temu? xD
Cóż, przepraszam, że aż tyle musieliście czekać aż ruszę dupsko i coś ze sobą zrobię. Musiało mnie najść TO COŚ.
Dobra, nie owijając w bawełnę - Fallen Angel's Diary Nowe opowiadania :)
Dziękuje wszystkim, którzy czekali, a mam nadzieję, że jest Was więcej niż jedna sztuka :D
Ave!

komentarze [1]

•Przepraszam Was bardzo...•
piątek, 24 października 2008
16:02:29
komentarze [0]

Nie pisałam tak okropnie długo :(
Przepraszam bardzo ale teraz to juz nie dam rady. Musiałabym to wszytko sama przeczytac sto razy, potem stwierdziłabym, że jest do niczego...
A wole zostawic dobre wspomnienia o moim ulubionych blogu :)
W medzy czasie powstało kilkanaście nowych opowiadań napisanych przezemnie w każdym wracałam do fallen Town. Żadnego nie skonczyłam.
Obiecuję, że keidys przeczytam FT sto razy, pomyśle jak poprawic i napiszę nowy rozdział :) Możecie czekac i bardzo bym o to prosiła. Nie zostawiajcie tego bloga, bo ja tu keidys wrócę.
Jak skończe robic stronę dla mojego kółka GenShiBunKen (Japonia, M&A - te klimaty) Podam jej adres i każdy kto mieszka w Warszawie lub bedzie tu przejazdem może na kółko przyjsc. Chodźby po to żeby kopnąc mnie w tyłek i powiedziec 'Psiakrew pisz to opowiadanie!"
No to na razie tyle :)
Kocham Was wszystkich, naprawdę.

komentarze [0]

•Cień we włosach dziewczyny•
poniedziałek, 17 grudnia 2007
11:35:51
komentarze [21]

Hmm… kilka słów na początek.
Po pierwsze: W Fallen Town każdy ma wybór: żyć i iść do przodu lub zabić się, żyć dalej i iść do przodu.
Po drugie: FT ma 9 miesięcy. Sama się dziwię, że tyle wytrzymałam i nadal i chce pisać jedno opowiadanie :D
Jakiś czas temu miałam dłuższą przerwę ale miesiąc temu stwierdziłam, że FT to jedna z rzeczy, które bardziej mi się udały i zamierzam napisać jeszcze około 6 może więcej rozdziałów :D
W ogóle to ja nie wiem skąd biorę pomysły na to opowiadanie… Tzn same przychodzą tylko skąd? Z Fallen Town?
A i coś jeszcze: Happy Birthday! WRÓC!!! Marry Christmas and Happy New Year! Życzę już teraz bo to prawdopodobnie ostatnia notka przed świętami :)
Mam tez cos dla Was: Szablon z pegazem. Umełczyłam się żeby go zrobić więc nie usuwajcie podpisu :)



Aby go pobrać kliknijcie prawym przyciskiem mysze jak najbardziej z prawej strony szablonu a nastepnie najedźcie na "pokaż źródło" i skopiujcie :)


* * * * *


Mrok wplatał swe palce we włosy dziewczyny a następnie oplatał sobą czarne skrzydła Anioła.
Mrok słyszał bardzo dużo. Znał historie ludzi i Aniołów, rozmaitych demonów, nimf czy dżinów. Słyszał je. Opowieści niósł wiatr, mówiły o nich drzewa.
Ale tym razem Mrok nic nie słyszał. Tylko chrapanie silnika czarnego motoru i cichutkie, nierównomierne oddychanie dziewczyny.
Przyglądał się jej.
Była drobna lecz silna, miała piękne, duże oczy i ciemne włosy.
Była też smutna, Anioł siedzący przed nią nie odzywał się, nie pocieszał jej.
Mrok nie rozumiał. Zawsze gdy widział jakąś parkę nie była ona smutna, a nawet jeśli to jedno pocieszało drugie.
Mrokowi się to nie podobało.
Nie mógł nic zmienić.
Był tylko cieniem…
Cieniem we włosach dziewczyny…

*****


Był wieczór. Daimon nadal prowadził motor, który zmierzał dokładnie tam gdzie Anioł za żadne skarby nie chciał teraz jechać – w stronę pociągu, w stronę Upadłego Miasta gdzie kończą się marzenia i zaczyna rzeczywistość.
Tak bardzo chciał wytłumaczyć Charlotte co się naprawdę stało lecz uznał to za idiotyczne i niewykonalne.
Gdy tylko się odezwał płakała i mówiła, że nie chce tego słuchać.
On nie chciał by płakała.
Wiedział, że to jego wina ale nie miał pojęcia co zrobić by to naprawić.
Teraz ich milczenie było nie to zniesienia ale gdy siedzieli razem na plaży wpatrzeni w Słońce wcale ono nie przeszkadzało. Tyle że tamto było inne…

Charlotte tak bardzo się bała. Bała się wszystkiego – tego co teraz będzie, tego co zobaczyła i tego, że już tu prawdopodobnie nie wróci…
Starała się zając myśli czymś innym lecz jej to nie wychodziło.
Czuła jak oplata ją mrok… zimny, przenikliwy.
Ale to nic, tak musi być.
Znowu pomyślała o Kamille. Wspominała o tym jak uciekły z pokoju. Przez okno. A potem ten duch – Freedom. Ciekawe czy on na prawdę tam był.
A jeśli to były tylko omamy…

*****


Puste pole. Z dala od Pierwszego Nieba. W samym środku Limbo.
Tory. Długie, niekończące się.
Pociąg nadjeżdżał z daleka, z miejsca które naprawdę nie istnieje.
Zatrzymał się…
-Charl… - Daimon chciał się pożegnać. Nie widział tylko jak.
-Dzięki za podwiezienie – rzuciła dziewczyna i już miała wsiadać do pociągu.
-Charl zaczekaj – Anioł złapał ją za rękę.
-Mówię ci zostaw mnie. Zapomnij. Nic nie było. Odejdź. Po prostu odejdź! – płakała.
-Mała, poczekaj…
-Nie mała do cholery! Odejdź.
-Pojadę z tobą.
-Spadaj – "jeszcze tego brakowało żeby ze mną jechał…"
-Sama nie dasz rady dojechać tam gdzie chcesz.
-Co myślisz że jestem taka tępa? Poradzę sobie!
-Nie o to chodzi. Tym pociągiem potrafią kierować tylko Anioły.
-Wymówka.
-Nie, Charl… Trudno, wsiadaj. Pójdę do innego przedziału jeśli chcesz.
Dziewczynie zrobiło się troszkę głupio. Za bardzo na niego krzyczy… ale przecież nie może dawać sobą pomiatać! "Ale.. on nie chce mną pomiatać…"
-No dobra chodź ze mną – spuściła wzrok i weszła do środka.

Jechali razem w jednym przedziale. Daimon postawił jeszcze raz spróbować z nią porozmawiać.
-Charl… Wysłuchasz mnie? Proszę.
-Wal.
-Dlaczego nie chcesz zrozumieć, że ja nic nie czuję do Kathariny?
-No nie ten znowu to samo!
-Ale kotku posłuchaj…
-Cholera nie mów do mnie "kotku", "mała", nie mów że mnie kochasz i nie próbuj tłumaczyć tego co się stało!!!
-Dlaczego nie?
-Bo ja mam tego dość.
-Ale ja nie mogę tak po prostu odpuścić!
Dziewczyna nie odpowiedziała już. Spała. Tak samo jak w drodze do Nieba…

*****


Wysiedli w polu i skierowali się do ruin miasta.
To co Charl ujrzała było jeszcze gorsze niż Daimon i Katharine…
Całe ulice Upadłego Miasta wyścielone były dziećmi w wieku około 10 lat.
Większość miała w rękach miecze. Były zmasakrowane…
Ale między nimi leżały tez Anioły. Anioły o brudnych skrzydłach, czarnych, szarych lub demonicznych. Każdy miał szyderczy uśmiech na twarzy.
Wszyscy byli martwi…
Pierwsze co przyszło Charlotte na myśl to "szukaj Yakuziego" a potem myśl, że wszystkie te dzieci to prawdopodobnie zapomniane Szczurki… Tylko z kim walczyły?
Nie ma już Fantomów… Może z Upadłymi Aniołami?
Popatrzyła na Daimona. Na jego twarzy nie było uczuć. Patrzył na to wszystko zamyślony, nieobecny. W końcu zauważył, że dziewczyna wpatruje się w niego i powiedział:
-Dlatego właśnie nie chciałem cie tutaj zabierać. Miałaś zostać w Niebie tak długo jak to tutaj będzie trwać. Kiedy wszystko by się skończyło wrócilibyśmy szukać twojej przyjaciółki.
-O wszystkim wiedziałeś?! Mogłeś mi powiedzieć!!! Walczyłabym z nimi! Podobno jestem Wilczycą czy czymś takim, mam jakąś tam energie i…
-No właśnie. Nie umiesz jeszcze panować nad tą mocą. Miałem cie w Niebie wyszkolić…
-Wyszkolić… Mogłeś powiedzieć… - posmutniała – Czy ten…ten nasz pocałunek też był tylko po to bym dłużej tam została?
-Nie Charl! On był… prawdziwy – Daimon nie wiedział już co powiedzieć. Chciał jak najszybciej pójść do siostry. Miał nadzieje, że ona mu pomoże.
-Wiesz, że ja… nigdy tego nie zapomnę. W końcu jesteś Aniołem a nie każda dziewczyna ma szanse całować się z Aniołem – zaśmiała się.
-Chodźmy do Pati. Yakuzi podobno u niej jest – Anioł skorzystał z okazji, że dziewczyna na niego nie krzyczy. Chciał jeszcze odpowiedzieć jej coś miłego ale nie wiedział jak. Wolał milczeć.

Do domu Patrycji szli wąskimi tunelami w podziemiach rzadko wychodząc na zewnątrz. Daimon mówił, że każde takie wyjście grozi im złapaniem przez sługi Asmodeusza*
I miał rację. Gdy tylko wyszli z jednego, z końcowych tuneli złapały ich cztery Anioły o brudnych skrzydłach – szarych lub nakrapianych.
Walczyli. Daimon zawsze nosił przy sobie sztylet, Charlotte używała pieści. Ale jak to mogło pomóc w walce z czterema uzbrojonymi Aniołami?
Jeden ze złych pchnął ostrzem miecza w Daimona. To co zauważyła to brak jednego skrzydła u tego właśnie Anioła. Jakby na ta myśl odwrócił się on do niej i szczerząc brudne żeby rzekł:
-Dawno się nie widzieliśmy kicia – mrugnął – Mam cholerną ochotę cie przelecieć!
-Spierdalaj! – uderzyła go w twarz z pięści. Chyba go nie zabolało…
-Odwal się od niej sukinsynu! – Daimon pchnął go w bok sztyletem. Tamten oddał mu, jednak o wiele boleśniej i Anioł stracił przytomność.
-Nie!!! – Charlotte krzyknęła i chciała pobiec w jego stronę lecz zatrzymały ją czyjeś pięści…

*****


W ciemnej celi śmierdziało trochę zgnilizną. Było wilgotno, zimno i nieprzyjemnie. Wróciły wspomnienia. To to samo pomieszczenie, w którym Upadłe Anioły zamknęły Charlotte gdy pierwszy raz je ujrzała. To tu pierwszy raz spotkała Daimona…
Teraz zobaczyła go. Leżał przykuty do przeciwnej ściany. Z jego boku kapała krew.
Nie mogła się już na niego gniewać. Nadal czuła ból po jego pocałunku z Katharine ale miała teraz ważniejsze problemy.
Zmobilizowała się i próbowała wstać. Praktycznie nie czuła rąk i nóg. Tak samo jak wtedy była przykuta do ściany ciężkimi kajdanami.
I tak samo jak wtedy drzwi otworzyły się i stanął w nich…
Asmodeusz!
-Witaj Charlotte – uśmiechnął się nieznacznie – i ciebie Daimonie miło widzieć.
Daimon nic nie mówił. Widać, że był słaby. Dziewczyna szarpała się z łańcuchem.
-Czekaj Charlotte. Pomogę ci.
-Nie chce twojej pomocy! Wypuść nas cholera jasna!
-Nie tak nerwowo – odpiął kajdany – Nie chcę dla ciebie i swojego syna źle…
-Twojego syna? Mówisz o… Daimonie? – Charlotte patrzyła nerwowo na dwa Anioły. Skrzydła jednego zupełnie czarne, drugiego szare, nakrapiane. Jeśli Daimon mówił prawdę… Jego matką była obecna białoskrzydła żona Gabriela a więc… musiała ona…
Dziewczyna nie dopuszczała takiej myśli.
-Kłamiesz! – krzyknęła przez łzy.
-Och Charlotte… dobrze wiesz, że nie – patrzył na nią przez chwilę w milczeniu – w sumie gdybyś była razem z Daimonem. Ładna para przyznam. Ale nie… Znajdziesz sobie kogoś lepszego. I tak nie wiem czy Daimon wyjedzie z tego co zgotowały mu demony i Katze. Cóż zawarliśmy umowę a ja zawsze dotrzymuje umów.
-Nie rozumiem.
-Hm… zostawiam was samych na 5 minut. Pożegnajcie się czy coś w tym stylu. To znaczy jeszcze się zobaczycie ale… no pogadajcie sobie. Pa! – wyszedł a drzwi za nim zamykały się powoli…
Powoli…
-Daimon rozumiesz coś z tego? – zapytała Charl. Jej jedynym marzeniem teraz było zasnąć. Spać i nie pamiętać tego wszystkiego.
-Mniej więcej. Nie mogę ci tego wytłumaczyć, teraz nie zrozumiesz.
-Ale… Czy… czy on jest twoim ojcem?
-Wiesz tego nie mogę być pewien. Na sto procent znam swoją matkę a kto był ojcem? Któż to wie…
-Daimon… Charl przyczołgała się do Anioła.
-Nie płacz mała. Wszystko będzie dobrze – Anioł mówiąc to nawet nie wiedział jak się myli…

*****


Zgrzyt zamka. Do celi weszła wysoka, skąpo ubrana blondyna. Zerknęła na Charlotte po czym podeszła do Daimona.
-Cześć – rzuciła. Odpowiedziała jej cisza – No co Daimonku? Umowa to umowa. Chodź. A wy popaprańcy weźcie tą dziewuchę – to drugie było do dwóch strażników-aniołów stojących przy drzwiach.
Katze – płatna morderczyni specjalizująca się w tropieniu, torturowani oraz oczywiście zabijaniu Aniołów ciągnęła za sobą Daimona na jakiejś niematerialnej linie. Nie wyrywał się. Nie miał sił.
Charlotte próbowała walczyć. Ona zawsze chciała walczyć. O nic i o wszystko. Walczyć, by wygrać. Ale jak wygrać z kimś, kogo się nie zna, w świecie, który zaskakuje, u boku kogoś, kto nie ma już sił by walczyć. Kogoś kto skazany jest na przegranie. U boku Upadłego Anioła…
Dziewczyna cały czas starała się utrzymać świadomość. Co prawda Yakuzi uczył ją, że w takich sytuacjach należy jak najbardziej oddalić się w świat niematerialny, uzyskać energię i walczyć podświadomie lecz ona tego nie chciała. Pragnęła widzieć co robią.
Lecz nie był to widok przyjemny. Tortury.
Ból jaki Katze zadawało Daimonowi musiał być niesamowity.
To w jaki sposób go zadawało był jeszcze gorszy.
No i… dlaczego każą jej na to wszystko patrzeć?
Wszystko trwało jakieś 3 godziny. Potem odprowadzili Daimona do celi a Charlotte do komnat. Jak powiedział jeden ze strażników:
-Szef kazał trzymać cię w luksusie.
Po czym zamknął drzwi. Drzwi do pokoju bez okien, bez obrazów, bez życia.
Bez Daimona…


*Pragnę przypomnieć, że Asmodeusz a raczej jego sługi były pierwszymi Aniołami jakie w Upadłym Mieście zobaczyła Charlotte (patrz rozdział 5: Anioły)

Sorki za „przekleństwa”. Było ich kilka aczkolwiek nie uważam by były jakoś specjalnie wulgarne i ich nie usuwałam.
A i jestem bardzo niepocieszona z małej liczby komentarzy pod ostatnia notką a mianowicie 14 :( Wiem, że to co zaraz powiem będzie może głupie ale chce sie poczuć dowartościowana i chce dostac taki prezent na gwiadke: chce miec pod ta notka minimum 50 komci. Wiem mówiłam, że to głupie ;(



komentarze [21]

•Tak kocham...•
wtorek, 13 listopada 2007
19:24:14
komentarze [14]

Wiecie, że myślałam nad zawieszeniem FT?
Ale się rozmyśliłam.
Dlaczego pytacie?
Dlatego, że jakoś mi chwilowo Vena uciekła.
Ale wróciła^^
Sorki za słodki początek ale pisałam to 4 miesiące temu a wtedy miałam inne podejście do życia xD.
Amen.


Charlotte leżąc na łóżku wpatrywała się w ścianę. Wspominała wczorajszy dzień…
Było tak cudownie!
Nie wyobrażała sobie nigdy, że w jej ponurym życiu może zdarzyć się coś takiego…
Że ktoś ją pokocha za to jaką jest.
Kiedy przypomniało jej się ciepło, które biło od Daimona zapragnęła znowu się do niego przytulić. Było jej tak dobrze w jego objęciach, czuła się taka bezpieczna…
Wymknęła się cicho z pokoju, przeszła przez korytarz i stanęła przed jego drzwiami. Były delikatnie uchylone. Zajrzała do środka…
Nikogo nie ma…
Weszła głębiej lecz nadal nic nie dostrzegała. Szła wolno po puszystym dywanie.
"Może nie powinnam tu wchodzić… "
Dziewczyna obawiała się reakcji Anioła. W końcu mógł sobie nie życzyć żeby wchodziła na jego teren. Już szykowała się do odwrotu kiedy usłyszała cichy szept gdzieś za jej plecami.
-Wszystkiego najlepszego Szarlotko moja słodka – Anioł mocno ją przytulił i zasłonił skrzydłami.
-Nic nie wiedzę! – krzyknęła dziewczyna przez śmiech – A poza tym skąd wiesz, że słodka? I dlaczego wszystkiego najlepszego?
-Masz dzisiaj osiemnaste urodziny, nie pamiętasz? – pocałował ją w usta a potem jeszcze w szyję – Tak… słodziutka!
-Daimon!
-Hm? Coś nie tak?
-Nie żartuj sobie – przytuliła go mocniej i nagle posmutniała– Szkoda, że nie ma z nami Patrycji i Yakuziego, i Kamille…
-Nie martw się o to – Anioł pogładził ja po włosach – Przebierz się w którąś z tych ładnych sukienek i zejdź do sali balowej.
-Sali balowej? Daimon, co ty knujesz?
-Absolutnie nic – udawał poważnego – No, zmykaj, ja też musze się przebrać.

* * * * *



Charlotte schodziła po krętych schodach w dół, do sali balowej. Już z daleka słyszała szum rozmów i cichy dźwięk harf.
Ubrała się w długą, falbaniastą, bordową suknię z białymi dodatkami. Wyglądała jak jakaś królowa lub przynajmniej księżniczka. Włosy spięła w kok, a uszy przyozdobiła ładnymi kolczykami. Efektu dopełniał zapach perfum, które znalazła w jednej z szuflad.
Kiedy weszła do sali doznała jednak szoku. Zobaczyła tłum Aniołów, których w ogóle nie znała. Wokół nich kręciły się nimfy nosząc tace z jedzeniem i drinki.
Dziewczyna czuła się zagubiona i taka… mała.
Nagle podeszło do niej dziwne stworzenie przypominające z postawy małego chłopca jednak cała jego twarz była pokryta kocią sierścią, nos i oczy także były jakby kocie. Z głowy wyrastała para dużych, zakończonych frędzelkami uszu. Z pyszczka wystawały dwa małe kiełki. Ubrany był w starą troszkę podartą kurtkę i takie same spodnie.
-Cześć Charl! – zamruczał przekrzykując tłum.
-Znamy się? – zapytała i nie mogła się powstrzymać żeby nie podrapać stworzenia za puszystym uchem.
-To ja Myuki! – krzyknął i uśmiechnął się.
-O cholera ale wyrosłeś! Ale tak naprawdę jak to się stało?
-Normalnie – wzruszył ramionami – Zawsze umiałem tak robić.
-Ale… nigdy nie widziałam….
-No tak bo w Upadłym Mieście jest strasznie dużo negatywnej energii i taka przemiana wiele mnie kosztuje – znowu zamruczał – Musze lecieć… a właśnie! Wszystkiego najlepszego!
Zanim Charlotte zdążyła podziękować kota już nie było. Potem dostrzegła go w towarzystwie jakieś Nimfy.
Chwilę później zjawił się Daimon z bukietem róż. Wręczył go dziewczynie i uśmiechnął się czarująco.
To co stało się potem to tylko taniec, taniec i taniec…

* * * * *



Charlotte była już zmęczona, troszkę upita ale nadal utrzymywała świadomość. Widziała jak Daimon wychodzi z sali na taras razem z jakąś blondynką…
Na początku nie zwróciła na to uwagi może po prostu rozmawia z kimś po przyjacielsku…
-A może to Patrycja!
Charl wstała ze schodów na których od dłuższego czasu siedziała i ruszyła w ich stronę. Gdy była wystarczająco blisko spostrzegła, że to nie siostra Daimona lecz jakaś inna Anielica. Patrzyła na Anioła jakby go… kochała.
Daimon coś do niej mówił lecz tego już Charl nie słyszała. Widziała tylko ten kolec róży wbity w jej serce w chwili gdy oba Anioły zbliżyły się do siebie tak blisko… zbyt blisko. Pocałunek ten Charl odczuła jako na przemian ból, wściekłość i smutek.
Bo.. dlaczego tak?

* * * * *



W tym samym czasie kawałek dalej niż sięgał słuch Charlotte:
Daimon rozglądał się nerwowo. Bał się, że Katharine zrobi coś głupiego, że powie coś czego on nie ma ochoty usłyszeć…
Nie mylił się.
-Daimon…
-Tak?
-Wiesz – zaczęła Anielica – Ja tak bardzo bym chciała… nie wiem jak to powiedzieć. Jesteś najbliższą mi w tym świecie osobą. A ta ludzka dziewczyna… ona stoi na drodze ku naszemu szczęściu.
-Nie chce tego słyszeć Katharine – Daimon poszedł na drugi koniec tarasu.
-Ale Daimuś… - Anielica pobiegła za nim – Ty chyba nie rozumiesz! Ten wasz związek nie potrwa za długo. Ona jest tylko człowiekiem!
-Aż człowiekiem Katharine. – Daimon stał do niej tyłem.
-W takim razie my jesteśmy tylko Aniołami stworzonymi tylko dla siebie.
-Katharine – teraz Anioł patrzył jej głęboko w oczy – Nie, nie możemy…
Nie skończył. Anielica przycisnęła swoje usta do jego ust i właśnie wtedy kątem oka ujrzała Charlotte…

* * * * *



-Charl! – Daimon uwolnił się z ucisku Anielicy i teraz biegł za płaczącą dziewczyną.
Gdy wbiegła w tłum Aniołów zebranych w sali balowej Daimon nie mógł jej znaleźć. Biegał między gośćmi pytając czy może ktoś jej nie widział ale informacje, które zdobył na nic się nie zdały.
Wyszedł więc z domu i podążał w stronę plaży.
-Prawdopodobnie tam ją znajdę…
Jak na złość w ślad za nim z domu wybiegła również rozpłakana Katharine, podleciała w górę i wylądowała kawałek przed nim.
-Czemu mi to robisz?! – krzyknęła – Nie uciekniesz przed prawdą!
-Może i przed prawda nie ucieknę, a to dlatego, że nie mam na to ochoty, a i nie mam zamiaru uciekać przed moimi pragnieniami, przed tym co kocham i dlaczego chce żyć!
-Och… ależ jesteś głupi! Ale kiedyś to zrozumiesz i będziesz błagał bym ci wybaczyła! – Katharine nie ukrywała zdenerwowania.
-Nigdy cię nie kochałem Katharine… No chyba, że jak siostrę.
Po tych słowach odszedł. Anielica już go nie goniła.
Obmyślała kolejny plan…

Daimon tak jak przeczuwał znalazł Charlotte siedzącą na plaży. To jej urodziny, 18 urodziny a ona tyle cierpi. Anioł chciał by ten dzień był dla niej niezapomniany… Nie udało się.
"Nie powinienem zapraszać Katharine"
Usiadł obok dziewczyny. Udawała, że go nie widzi, że nie wie, że jest obok.
-Charl… Przepraszam. To nie było tak jak myślisz – zaczął.
-Wszyscy tak mówicie – powiedziała nie patrząc w jego stronę.
-Wszystko ci wytłumaczę… Katharine, ona powiedziała, że chce ze mną porozmawiać. No to się zgodziłem ale skąd miałem wiedzieć, że zrobi cos takiego!
-Nie musiałeś jej całować – powiedziała spokojnie. Zbyt spokojnie jak na to co się wydarzyło.
-Charl to nie tak!
-Nie chcę tego słuchać. Nie wiem jak było ale wiem co widziałam.
Teraz gdy Charl się nieco poruszyła Daimon dostrzegł dlaczego dziewczyna była taka spokojna, nie krzyczała i nie biła go jak się spodziewał. Z nadgarstków Charl kapała ciepła krew rozlana już w sporej ilości obok niej.
-Charl, próbowałaś się zabić?
-Co ci do tego? – zapytała zamykając oczy.
-Charl! Proszę cię, ja tak bardzo cię kocham, tak jak nigdy nikogo! – Daimon wstał i wziął coraz słabszą dziewczynę na ręce.
-Nie… Nie kochasz mnie… to nie jest możliwe… nie jest… - majaczyła i nagle dostała przebłysku świadomości, uderzyła Daimona w twarz i kazała by ja puścił.
-Jesteś zbyt słaba…
-Co jak co ale słaba nie jestem! Chcę wrócić do Warszawy, do Upadłego Miasta do Yakuziego! – krzyczała.
-To nie jest dobry moment…
-Jest dobry. Najlepszy. Jeśli mi nie pomożesz sama tam pójdę.
-Charl…
-To już koniec Daimon. Chociaż nie… to dopiero początek.

* * * * *



Charlotte nie dała sobie opatrzyć ran. Stwierdziła, że sama to zrobi. Pakowała się do wyjazdu. Nie chciała tego ale nie mogła tutaj zostać. Nie po tym co jej zrobił, o nie.
Nie wiedziała co pocznie gdy już wróci do Upadłego Miasta. Spotka się z Yakuzim, będą dalej trenować, znajdą Kamille a potem obie dziewczyny wrócą do swojego świata.
-Tak, tak piękna wizja szkoda, że się nie spełni… - powiedziała sama do siebie.
Daimon czekał przy motorze. Charlotte nalegała by Daimon przeprowadził ją tylko przez Nieba a ona dalej pojedzie sama pociągiem lecz chłopak nie zgodził się.
Trudno, jego problem – pomyślała.
Założyła plecak, w który spakowała dwie pary jeansów, kilka bluzek, kurtkę i buty. Nic więcej – żadnej biżuterii, perfum czy innych ozdobników.
Wskoczyła na motor i kazała Daimonowi jechać.
Była taka oziębła, nie pokazywała emocji, nie rozmawiała z Aniołem.
-Charl… Daj mi jeszcze jedną szansę, proszę. Tą jedna jedyną…
-Nie Daimon. Zrozum, nie mogę. Muszę się z tego wycofać zanim będzie za późno – odparła sucho.
-Charl! Jak za późno! Charl, no… - Aniołowi zabrakło słów. Postanowił, że już się nie odezwie. Tak będzie lepiej. Na razie.

komentarze [14]

•Ekhem•
niedziela, 9 września 2007
12:14:40
komentarze [6]

Umarłam... tzn jeszcze nie ale juz troszkę tak. Dlatego nie będę narazie tutaj nic pisać... macie dostęp do poprzednich notek przeczytajcie je sobie jeszcze pare razy może się wskrzeszę i napisze co ma być. Mogłabym to zrobic teraz ale nie mam siły. Po prostu. Chcecie wiedzieć co się miało wydarzyć? Nie, nie powiem Wam.
Postaram się to napisać...
A tak w ogóle zapraszam na mojego kolejnego bloga...
www.wild-flower.mylog.pl

komentarze [6]

•Rozdział dziesiąty: Kolacja i róże•
poniedziałek, 30 lipica 2007
18:48:25
komentarze [21]

Były dwie siostry: noc i śmierć
Śmierć większa, a noc mniejsza
Noc była piękna jak sen, a śmierć...
Śmierć była jeszcze piękniejsza.


Charlotte obudziła się wczesnym rankiem aczkolwiek nie z własnej woli. Jakiś niezidentyfikowany obiekt dokuczał jej, nie dając się porządnie wyspać. Łaskotał ją po nosku oraz j a k o ś otwierał powieki.
Tym obiektem było najprawdopodobniej słońce czego jednak dziewczyna nie dopuszczała do myśli.
Uważała to za kota.
-Myuki zostaw mnie! – krzyczała.
Kiedy z wielkim wysiłkiem otworzyła wreszcie oczy zobaczyła, że nikogo oprócz niej w pokoju nie ma. Ani kota ani nawet żadnego Anioła.
Zdezorientowana usiadła na łóżku i rozglądała się po mieszkaniu. W końcu stwierdziła, że nie jest u siebie. To znaczy nie u Yakuziego.
-O co tutaj do cholery chodzi? – zapytała samą siebie.
-No tak - upiłaś się, straciłaś świadomość, ktoś wywiózł cię na wiochę i masz!- odpowiedziała na wcześniej zadane pytanie.
-Ale chwila… gdzie mogłaś się upić i z kim…
-Z Yakuzim?
-Dziewczyno co ty mi tu opowiadasz?!
Jej dialog z samą sobą toczyłby się pewnie w nieskończoność gdyby nie pukanie do drzwi, które cudem przywróciło dziewczynie wszystkie wspomnienia.
-O my God! Nie mogę się tak pokazać Daimonowi! Szlafrok… szlafrok…. Gdzie on jest!!! – Charlotte w ostatecznym akcie rozpaczy owinęła się puchową kołdrą i otworzyła drzwi do pokoju.
-Eee… yyy… no… cześć – uśmiechnęła się promiennie.
-Wow! Ale się wystroiłaś – Daimon uśmiechnął się przyjaźnie.
-Bo ja… no tego. Kurde, nie wiem.
-Spokojnie. Przyszedłem ci tylko powiedzieć, że wychodzę na dosyć długo jeśli czegoś będziesz potrzebowała to gdzieś tutaj kręci się Maksio – odparł spokojnie Anioł.
-Aha. Okej poradzę sobie – pokiwała dla lepszego efektu głową.
-Mam nadzieję. No to trzymaj się – cmoknął ją w policzek i szybko zbiegł ze schodów.
Dziewczyna stwierdziła, że już raczej nie zaśnie. Przetrzepała całą szafę w poszukiwaniu jakiegoś "zwykłego" ubrania jednak niczego takiego nie znalazła. Przypomniało jej się, że Daimon kazał Maksiowi sprowadzić do jej garderoby jakiś ładnie ciuszki.
No i fakt były one ładne ale takie… aż za ładne. Charlotte nie była przyzwyczajona do takich wygód, do tego, że może mieć wszystko…
Pod powieki cisnęły się łzy wzruszenia.
-Dziękuję – szepnęła.

* * * * *



Szedł szerokim korytarzem. Marmurowa posadzka i ściany - typowo władczy wygląd.
Daimon zmierzał właśnie do komnat Archanioła Gabriela – ojca Patrycji a także swojego świetnego kumpla.
W razie potrzeby zawsze potrafił poradzić, pocieszyć. Był nie tylko dobrym Archaniołem ale także normalnym kolegą. Nie wywyższał się, nie próbował jakoś dobitnie udowadniać swojej pozycji społecznej.
I był… Był kiedy się go potrzebowało.
Wielkie, mosiężne drzwi otworzyły się ze zgrzytem a za nimi ukazało się biuro Gabriela.
-Witaj… - Daimon spojrzał na postać piszącą coś na zwoju papirusu.
-O witaj Daimonie! Dawno cię nie widziałem! – blondyn wstał od biurka.
-Tak miło się znowu spotkać. A ty nadal bawisz się w te karteczki? Nie wolałbyś porządnego laptopa? – zapytał wprost Anioł.
-Ach widzisz… Jakoś mam taki sentyment do tego.
-Rozumiem- odparł poważnie Czarnoskrzydły.
-A co cię do mnie sprowadza? Widzę, że to chyba coś poważnego.
-Tak chciałem porozmawiać… Ale może nie tutaj.
Aniołowie wyszli zgodnie z komnaty podążając korytarzem do prywatnych ogrodów Gabriela.
Ogrody były jego azylem. Tutaj rozmyślał o ważnych sprawach… Nie tylko ważnych dla Nieba ale także jego prywatnych. Tutaj Patrycja spędziła dziecięce lata czekając aż ojciec skończy pracę. Tutaj jako pierwszy dowiedział się, że jego żona jest ojcem Daimona. Tutaj także poznał tego właśnie Anioła.
Usiedli na kamiennej ławce, Gabriel otworzył niesione ze sobą wino a Daimon podał kieliszki. Napili się i Anioł zaczął opowiadać.
-Widzisz Gabrielu… wszystko się tak bardzo komplikuje… Kiedyś myślałem, że moje czarne skrzydła to koszmar i że nie spotka mnie już nic gorszego. Teraz wiem, że są w życiu rzeczy trudne… i że skrzydła nie mają na nie wpływu.
Ale przejdźmy do rzeczy: Pamiętasz opowiadałem ci kiedyś o Charlotte. Asmodeusz śledził ją, nie wiedziałem wtedy po co. Teraz już wiem… ona jest Wilczycą.
-Czekaj mówisz o tej ziemiance? – przerwał Gabriel.
-Tak, właśnie o niej. Widzisz, nie miałem wtedy za bardzo wyboru dlatego patrzyłem na poczynania Asma. Kiedy już jego podwładni porwali tą małą postanowiłem zrobić coś pożytecznego w życiu i uwolniłem ją przy okazji samemu uciekając.
Gabriel co chwilę kiwał głową. Rozmyślał nad słowami Daimona.
-Nie będę się rozwlekał i bawił szczegóły – mówił dalej Anioł – Po prostu zauroczyłem się. Na początku oczywiście. Potem zmieniło się to w prawdziwe uczucie. Czułem, że muszę ją chronić, bo nie poradzi sobie sama z tym sukinsynem!
-Co jak co ale to twój ojciec…
-Pff dla mnie nie jest ojcem! – Daimon tracił panowanie nad sobą.
-Spokojnie… Mów dalej.
-Zabrałem ją do Nieba. Wiem, że tak nie można ale ona jest Wilczycą!
-Dobrze Daimon nie denerwuj się. Wiem, że to trudne. Możemy pomówić o tym innym razem – Archanioł był nadzwyczajnie spokojny.
-Przepraszam… Ponosi mnie. W każdym razie mieszka teraz ze mną w tym hotelu w Szóstym Niebie. Chciałbym… Chce żeby była szczęśliwa, żeby niczego jej nie brakowało… ale nie wiem jak to zrobić. Próbowałem sposobami Patrycji jeszcze wtedy na Ziemi ale Charl chyba nie jest typem kobiety jaką jest Patrycja.
-Wydaje mi się… z tego co opowiadałeś kiedyś, że ta dziewczyna potrzebuje po prostu normalnego domu, rodziny. Kogoś kto się nią zajmie, wybudzi ją z koszmaru. Ona ma dość ciągłego przemieszczania się i zmian otoczenia. Ona potrzebuje miłości Daimonie! – radził Gabriel.
-Ale… jak jej tą miłość dać?
-Do tego musisz dojść sam…
-Dziękuję ci. Naprawdę jak tylko wszystko się ustatkuje przyjdę do ciebie bez żadnych problemów. Na zwykłą towarzyska rozmowę – zapewniał Anioł.
-Dobrze Daimonie. Idź już do niej.

* * * * *



Zanim Anioł wyszedł z pałacu Archanioła dopadła go stara znajoma.
-Hello Daimonku. Na Jasność jak ja cię dawno nie widziałam! – zarzuciła mu ręce na szyję.
-Witaj Katharine. Może jedna bez tych czułości.
-Ojejku Daimonek nie w humorku… - Wysoka blondynka patrzyła na niego cielęcym wzrokiem.
-Wszystko ok. Po prostu się spieszę – wyznał krótko Anioł i nie czekając na nic pospieszył w stronę wyjścia.
-Poczekaj! – Anielica dogoniła go – Pomóc ci w czymś? A może przyjdziesz dzisiaj na kolację, co?
-Nie Katharine! Wybacz ale nie mogę teraz tracić czasu na kolacje – stwierdził już nieco podminowany – Bywaj.
Dziewczyna była jednak uparta. Zagrodziła Daimonowi drogę i znowu uwiesiła mu się na szyi.
-A buziaczek na do widzenia?
Anioł od niechcenia cmoknął ją w policzek i poleciał do domu.

* * * * *



Charlotte stała na tarasie opierając się o barierkę. Obserwowała morze. Szum fal nadzwyczajnie ją uspokajał. Patrzyła w dal starając się wyobrazić sobie co znajduje się za horyzontem. Dla lepszego skupienia zamknęła oczy.
Nagle coś zaburzyło jej spokój. Cichy szelest gdzieś za nią. Nie otwierała oczu. Wiedziała kto to.
-Witaj Charl – Daimon stanął obok niej.
-Witaj – odpowiedziała.
-Jak się czujesz? Wszystko w porządku? – Czarnoskrzydły patrzył na nią. Wiedział, że choć dziewczyna tego nie widzi to czuje.
-Tu jest cudownie – nareszcie uchyliła powieki – Dziękuję ci.
-Za co? – zapytał chłopak.
-Za to, że mnie tu zabrałeś. Nie wiem co bym zrobiła gdybym nadal miała kryć się w Upadłym Mieście.
-Przespacerujesz się?
Przytaknęła.

Szli w milczeniu leśną drużką. Drzewa chyliły się pod wpływem silnego wiatru. Gdzieś nieopodal przemykały niebiańskie zwierzęta.
-Chcesz jutro pozwiedzać np. Czwarte Niebo czy może jeszcze zostaniemy tutaj? – zapytał Anioł ściskając rękę dziewczyny.
-A ty jak wolisz? – zapytała z uśmiecham.
-Wszystko zależy od pani – ukłonił się zamiatając czarnymi skrzydłami po ziemi.
-Ej po pobrudzisz! – krzyknęła Charl jakby były to jej własne.
Daimon porwał ją na ręce i kręcił się w kółko aż nie stracił równowagi w wyniku czego oboje upadli na ziemię.
-No pięknie teraz i ja będę brudna! Blee…
-Przepraszam – Anioł spuścił wzrok.
-Ale nic się nie stało! – Charl wtuliła się w Daimona. Poczuła jak zadrżał – Ojej teraz to ja przepraszam…
-Nie, to było bardzo… przyjemne.
Byli tak blisko siebie. Dziewczyna czuła na policzku jego oddech. Słyszała bicie serca. Jeszcze tylko chwila…
-Może… wracajmy już – powiedziała Charlotte po chwili namysłu.
-Chodźmy – Daimon pomógł jej wstać.
Do hotelu szli tą samą drogą, którą tutaj przyszli. Milczeli…

* * * * *



Charlotte stała na tarasie popijając zieloną herbatę. Obserwowała wzburzone morze szykujące się do sztormu. Na niebie powoli pojawiały się ciemne, ciężkie chmury. Zastanawiały się nad tym co może teraz robić Daimon. Czy myśli o niej tak jak ona o nim?
"Nieważne" - skarciła się w myślach.
Usłyszała szmer. A jednak przyszedł. Nie odwracała się.
-Nic już nie ma! Nic!
Dziewczyna gwałtownie spojrzała w stronę, z której dochodził głos. Należał on do starej kobiety o suchej, ściągniętej twarzy, którą przecinały liczne szramy i pęknięte blizny. Z obu stron spiczastego nosa patrzyły przeżółkłe, ślepe oczy. Staruszka miała szare, częściowo spalone włosy jakby była ofiarą jakiegoś pożaru. Jej ubranie przypominało stare szmaty. Skrzydła a raczej to co z nich pozostało także było przypalone i postrzępione. Sam głos był przerażający - szorstki i gniewny.
Anielica wyciągała kościste ręce w stronę Charlotte.
-Nic nie zostawili, nic! Płakałam, o tak! Ale nie szczędzili! Zabili, zabili! Nic nie ma! NIC! - krzyczała.
-Kim... kim pani jest?! - zapytała śmiertelnie przerażona dziewczyna.
Trzęsła się ze strachu. Zastanawiała się jak ta potworzyca dostała się na jej taras...
-Nic nie ma! Nic! Nie ma nawet śladu! Wszytko spalili, wszytko! Tylko szkło, kamienie i popiół został, tylko!
-Ale czego nie ma? Gdzie spalili? - Charlotte próbowała się czegoś dowiedzieć.
-Nic! Nigdzie! Spalili! - Złapała dziewczynę za ramiona.
Nie zostało jej nic innego jak tylko wołać o pomoc lub spróbować uciec. Jednak druga możliwość odpadła. Kobieta przygwoździła ją do kąta tarasu i trzymała szponiastymi dłońmi. Potem także zatkała jej usta.
-My też wołaliśmy! Wołaliśmy! Ale nie słyszeli! Nie! Nic nie zostało!
Nagle ktoś odepchnął staruszkę, która wypadła za taras. Daimon... Skąd on wie kiedy przyjść?
W końcu to Anioł.
Złapał mdlejącą Charlotte, wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju. Ułożył dziewczynę na łóżku a sam usiadł obok. Przemawiał do niej cicho:
-Hej mała obudź się... Już jej nie ma. Wszytko w porządku.
Dziewczyna nie budziła się. Gdzieś daleko, w swoim własnym świecie śniła sen, który miał pomóc jej podjąć trudną decyzję…
Charlotte Ross? To ty, prawda? Tak poznaje cię…
Wyrosłaś, wydoroślałaś. Co tam u ciebie? Pewnie duże zmiany.
Pomóc ci? Jesteś zagubiona, widzę to. Czas pomyśleć o sobie dziecko. O przyszłości. Swojej przyszłości.
Nie martw się wszystko będzie dobrze. Ale nie uciekaj już. Nie uciekaj od tego czego tak pragniesz. Twoje potrzeby są najważniejsze Charlotte.
Ja… ja już nie mam siły. Straciłam, zaprzepaściłam swoją szansę. Pamiętaj mnie…
Proszę… Nie uciekaj od niego…

Dziewczyna zerwała się nagle i podbiegła do okna. Wiedziała kogo tam ujrzy.
Daimon.
Anioł i Wilczyca.
Upadły Anioł i Dziecko Chaosu*.
I ten sen…
"Mam myśleć o sobie?"
Wyszła na taras. Rozumiała o co chodzi. Chciała być z Daimonem. Wiedziała, że i on chce, ale skutecznie temu zaprzeczała. Sama nie wiedziała dlaczego. Bała się…
Bała się, że będzie tak jak z poprzednimi.
Wykorzysta i zostawi.
-Nareszcie wstałaś, już się bałem! – krzyknął Daimon z daleka.
-Że co Wilczyca się nie obudzi? – zapytała zgryźliwie dziewczyna.
-Nie, raczej że najpiękniejsza dziewczyna już nie wstanie – odparł swobodnie.
-Ej bo się zarumienię – pokazała mu język.
Anioł dotknął jej policzka.
-Powiedz mi… jesteś tutaj szczęśliwa?
-Tak… czemu pytasz?
-Po prostu lubię gdy się uśmiechasz i gdy mam pewność, że niczego Ci nie brakuje.
"Ideał"
-Dasz się zaprosić dzisiaj na kolacje? - zapytał.
Patrzyła mu prosto w oczy. Chyba wiedział, że mu nie odmówi. Chociaż sądząc po jej zmiennym humorze mógł się spodziewać wszystkiego.
Przytaknęła ruchem głowy.

* * * * *



Siedzieli przy dwuosobowym stoliczku w małej restauracji na plaży. Daimon podarował dziewczynie bukiet róż, który stał teraz dumnie w pożyczonym wazonie.
Charlotte nie była głodna jednak zamówiła sobie filety z jakiejś anielskiej ryby a do popicia zimnego drinka.
Anioł opowiadał o Niebie, swoich znajomych o tym gdzie ją jeszcze zabierze…
W tle rozbrzmiewała romantyczna muzyka. Czyżby Daimon specjalnie ją zamówił?
Gdy już zjedli Anioł zaproponował spacer po plaży. Charlotte chętnie się zgodziła.
"Idealnie…"
Szli boso brzegiem, ręce spletli tak jakby robili to od zawsze. Fale co chwilę obmywały ich stopy. Szeptali do siebie słowa, których nie słyszał nikt oprócz nich samych.
Nagle Daimon objął dziewczynę w pasie i przytulił mocno. Ona odwzajemniła uścisk.
-Już nie będziesz uciekać, prawda? – wyszeptał jej do ucha.
-Nie będę. Już nigdy… - odpowiedziała tak samo.
Pogładził ręką jej włosy. Patrzyli sobie w oczy…
Charlotte drżała. Jeszcze nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. Była szczęśliwa i jednocześnie bała się…
Anioł nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Właśnie teraz trzymał w swoich ramionach tą jedyną, dla której byłby w stanie zrobić wszystko.
Dotknął dłonią jej policzka i wtedy stało się to na co oboje tak bardzo czekali.
Ich usta połączyły się w gorącym pocałunku, który według nich samych trwał wiecznie.
Charlotte czuła jak Daimon ściska ja coraz mocniej a po jej ciele rozchodzi się ciepło.
Nareszcie czuła się… szczęśliwa.
I nie chciała już uciekać…

*Dziećmi Chaosu są zarówno Szczurki (Yakuzi) jak i Wilki (Charlotte). Ludzie o większych pokładach energii zdolnej do zwalczenia Chaosu są nazywani właśnie rasami Zwierząt. Szczurki pracują w grupie mają zazwyczaj (z wyglądu) 10 lat i nie rosną; Wilczyce żyją samotnie często nie wiedząc, że mają w sobie specjalną energię. Jest jeszcze więcej takich przykładów ale o tym w innych rozdziałach ;)

PS: Tak wiem kiedy przychodzi mi do głowy pomysł żeby kogoś w kimś zakochać powinnam:
a) Schować się i nie wychodzić aż mi przejdzie.
b) Iść spać.
c) Skoczyć z okna.
Dziękuję za uwagę xD


Dopisek z dnia następnego: Ej no z tym oknem to ja tylko żartowałam... Jeszcze by mi sie coś stało xD

komentarze [21]

•Rozdział dziewiąty: Tory do Nieba•
wtorek, 10 lipica 2007
14:17:29
komentarze [20]

Tak wiem spieprzyłam poprzednią notkę.
Trudno, teraz muszę to naprawić.
Muszę się postarać o więcej krwi…


Charlotte pozwoliła prowadzić się Daimonowi za rękę. Trzymał ją stanowczo i tak "po męsku". Wiedziała, że jest gotów w każdej chwili nieść ją na rękach gdyby się zmęczyła, obronić przed demonami gdyby ją zaatakowały lub przytulić gdyby tego potrzebowała.
Przed nią rozciągały się nieskończone równiny… Myślała o tym co zostawiła za sobą i o tym, że prawdopodobnie już tutaj nie wróci.
Ale może czeka ją lepsze życie. Przecież w świecie Aniołów nie może być źle.
Mimo to nie chciała zostawiać tutaj Yakuziego. Bezpieczniej czuła się w jego towarzystwie, wiedziała, że razem sobie poradzą w prawie każdej sytuacji.
Prawie…

Ściemniało się o oni nadal szli. W pewnym momencie Daimon wyjął coś z kieszeni kurtki. Wyglądało to jak malutki srebrny flet misternie zdobiony jakimiś tajemniczymi ornamentami.
-Trzymaj – rzucił go Charlotte – Patrycja kazała ci go przekazać. Zagraj coś.
-Nie umiem – odpowiedziała zdziwiona dziewczyna.
-Spróbuj – uśmiechnął się Anioł.
Charl pomyślała, że może być podobnie jak z tamtą pieśnią – chociaż nigdy jej nie śpiewała ani nigdy wcześniej jej nie słyszała to potrafiła to zrobić.
Dmuchnęła w srebrny ustnik wydobywając przy tym dźwięk podobny do pisku orła.
-Ups…
Nie zrażona próbowała dalej. Za którymś razem wydobyła czysty, przeciągły i dosyć niski dźwięk. Chwilę później grała już jakąś tylko sobie znaną melodię.
-No, no szybko się uczysz – pogratulował Daimon.
-Wiem – odpowiedział nieskromnie dziewczyna szczerząc w uśmiechu białe zęby.
Kiedy tak grała w ich stronę zaczęła zbliżać się jakaś czworonożna postać.
Wilk.
Charl schowała flet i uklęknęła. Zwierzę podeszło do niej łasząc się. Pogłaskała je po pysku i wstała.
-To przez ten instrument, tak? – zapytała Anioła.
-Mhm… - przytaknął – Wiesz, nie każdy rodzi się Wilkiem lub Wilczycą. Nie bez powodu nią jesteś. To co zaraz powiem może być trudne… Czy na pewno chcesz się teraz dowiedzieć czegoś o swoim pochodzeniu?
-Jasne, że chce!
-Twoja rodzina ma wilcze korzenie. Nie znaczy to, że twoim krewnym jest zwierzę ale o to, że mieli nadzwyczajne umiejętności. Jova podarował im moc by mogli zjednać się z naturą i przywrócić światu harmonię. Każde życie temu służy – sprzeciwieniu się chaosowi. Walczymy z nim od zawsze i czasem przegrywamy. Teraz kiedy mamy ciebie nareszcie możemy ostatecznie zwyciężyć, ale jesteś jeszcze za młoda… Asmodeusz chciał cię porwać byś nie mogła nam pomóc.
-To wszystko wnioskowaliście z wydarzeń poprzedniego wieczora? – zapytała dziewczyna.
-Już wcześniej się domyślaliśmy…
-Wy Aniołowie chcecie mnie tak po prostu wykorzystać. Pomogę wam a potem mnie zostawicie, tak?! – krzyczała.
-Nie, Charl! Jak możesz tak myśleć? Po prostu tutaj nie jesteś bezpieczna…
-Jasne! – krzyknęła ze łzami w oczach.
Pobiegła gdzieś przed siebie. Nie miała celu. Byle by tylko dalej od niego. W tej chwili pierwszy raz tak naprawdę zatęskniła za domem. Jednocześnie uświadomiła sobie, że nie spędzi osiemnastych urodzin z Yakuzim ani z Kamille…
"Jak ja mam ją uratować skoro będę cały czas siedzieć w Niebie?"
Po chwili dogonił ją Daimon.
-Zaczekaj!
Nie odpowiadała tylko gnała przed siebie. Nagle Anioł rozłożył wielkie czarne skrzydła i wzbił się w powietrze. W ułamku sekundy znalazł się przed Charlotte i popatrzył jej prosto w oczy.
-Chcesz wrócić? – zapytał poważnie.
-Ja… nie wiem…
-No właśnie. Proszę cię… Jeśli w Niebie ci się nie spodoba wrócimy do Warszawy.
-Co ci tak zależy? – syknęła.
Nie czekając na odpowiedz poszła przed siebie z naburmuszoną miną, nie rozglądając się i nie słuchając Anioła. Była wściekła. Nie wiedziała do końca czemu.
Wszystkie jej problemy zaczęły ją przerastać przez co wyżywała się na innych. Kiedy to zrozumiała podeszła do Daimona i pogładziła go po skrzydle. Drgnął.
-Przepraszam – wyszeptała.
-Nic się nie stało mała – uśmiechnął się do niej tak, że od razu odzyskała dobry humor – Już blisko.

* * * * *



Już z daleko słychać było stukot stalowych kół. Charlotte stała na torach wypatrując pociągu. Wiał ciepły wiatr tuląc dziewczynę w swych objęciach. Słońce już tylko minimalnie wystawało nad horyzont a sklepienie przybierało coraz to ciemniejszych barw.
-Naprawdę dojedziemy do Nieba pociągiem?
Daimon przytaknął. Stał obok i korzystając z okazji przyglądał się dziewczynie. Tak bardzo chciał by byli razem. Może i znali się krótko ale było miedzy nimi coś tak przyciągającego…
A może za bardzo sugerował się przepowiednią?
Upadły Anioł i Wilczyca.
A może…
-Jedzie! – krzyknęła Charl zeskakując z torów.
Jakoś nie ciągnęło ją do bliskiego kontaktu z pociągiem.
Nadjechał. Wyglądał jak stary, zwykły pociąg.
Pociąg na środku równin.
Drzwi z trzaskiem otworzyły się i ukazały przeciętne wnętrze.
-Wskakuj! – Daimon podał dziewczynie rękę.
Złapała się jej i szybko wspięła po trzech schodkach. Gdy tylko znaleźli się w środku maszyna ruszyła najpierw powoli obracając zmęczone koła potem nabierając prędkości.
Charlotte podtrzymując się ścian a czasem i ramienia Anioła dotarła do przedziału i usiadła na jednym z sześciu foteli. Daimon usiadł naprzeciwko.
-Stepy są cudowne – Charl patrzyła na widok szybko zmieniający się za oknem – To wszystko jest takie… nieosiągalne. Widzę np. linię horyzontu i zachodzące słońce ale wiem, że nawet gdybym bardzo tego pragnęła nie dojdę tam nigdy. Mogę szukać końca ale nigdy go nie znajdę. Mogę też twierdzić, że step nigdy się nie kończy… ale też nigdy tego nie udowodnię…
-To tak jak ocean tyle że za linią horyzontu może być coś, co na zawsze odmieni twoje życie. Tak jak odmieniło moje…
Dziewczyna popatrzyła na niego pytająco. On jednak zmienił temat.
-Wiesz, jeśli to co się wczoraj wydarzyło w jakiś sposób cię uraziło… przepraszam. Wiem, że jest jeszcze za wcześnie, że jesteś trochę zagubiona. To nie miało tak być.
-Ale przecież nic się nie stało! – Charlotte dobrze wiedziała, że kłamie.
-Jeśli chcesz… możemy zacząć od początku. Nic miedzy nami nie było, jesteśmy tylko przyjaciółmi, okej?
-Ale ja nie chcę żebyśmy byli tylko przyjaciółmi…
Te słowa tak uderzyły w Daimona, że przez chwilę nic nie mówił. Tak bardzo bał się reakcji dziewczyny a ona…
-Mimo wszystko moglibyśmy zwolnić. Zrozum nie jestem jeszcze gotowa na związek. Ten świat jest trudny i na razie mam zamiar go poznać – tłumaczyła się – Nie jesteś zły?
Anioła zdziwiło takie pytanie.
-Jasne, że nie! Nie mógłbym!
-Nie lubię poważnych rozmów – zaśmiała się.
-Ja też – Daimon cieszył się, że już po wszystkim. Nie wiedział, że będzie to takie trudne.
Nagle jakiś cień przebiegł za drzwiami. Oboje jak na komendę wychylili się by zobaczyć co to było, lecz nie zobaczyli nic.
-Wydawało nam się.
-Obojgu? – Charl nie wierzyła.
-Tym pociągiem jeździ dużo Aniołów.
-Może…

* * * * *



Gdy dotarli na miejsce był już późny ranek. Wysiedli na takim samym dzikim stepie. Charlotte rozglądała się w poszukiwaniu jakiś znaków, czegokolwiek co przypominałoby Niebo. Nie znalazła nic.
Wiał ten sam ciepły wiatr, słychać było tylko szum trawy…
-To jest Limbo, mała. Graniczy między Głębią a Niebem. Ta ziemia nie należy do nikogo. Mieszkają tu zazwyczaj wygnańcy, przestępcy i potępieni. Do Nieba jest stąd niedaleko ale tam gdzie będziemy mieszkać trzeba troszkę podjechać. Kiedy tutaj przebywam mieszkam zazwyczaj w pewnym hotelu w Szóstym Niebie. Teraz też tam pojedziemy.
-Czym? Znowu pociągiem?
-O nie, mała… Zobaczysz – uśmiechnął się tajemniczo – A teraz chodź. Podlecimy.
Wziął ją na ręce zanim zdążyła zaprotestować. Charlotte tak naprawdę bardzo odpowiadało latanie z Aniołem ale nie chciała żeby o tym wiedział. Przytuliła się do niego i znowu usłyszała to głośne bicie serca.
Wzlecieli bardzo wysoko, ponad chmury. Charl poczuła jak na jej skórze pojawiają się krople wody i jak wraz ze wzrostem wysokości zamarzają. Nie czuła jednak zimna lecz powiew cieplutkiego południowego wiatru. Zamknęła oczy i usłyszała jakąś melodię.
-To Anioły śpiewają – wyjaśnił Daimon chociaż dziewczyna wcale nie pytała – O jest!
-Kto? – zapytała zdezorientowana.
-Maksio – odpowiedział krótko.
Charlotte nie pytała o więcej. Wiedziała, że Daimon i tak jej nie powie. Nagle zza chmur wyłonił się białoskrzydły Anioł machając do nich ręką. Podleciał do Daimona i klepnął go w plecy.
-No nareszcie jesteś! Wiesz jak ciężko było tego potwora przewieźć z Głębi aż tutaj?! A w ogóle to kim jest ta wiedźma co ją tu niesiesz? Laseczka, nie ma co…
Daimon już chciał coś mu nagadać ale Charlotte go uprzedziła.
-Ej przystojniaku pozwoliłam ci tak o sobie mówić? – zaśmiała się.
-Nie muszę mieć pozwolenia – odpowiedział dumnie Maks.
-Musisz – dziewczyna niepostrzeżenie kopnęła go w kolano.
Miała przy tym pewne problemy, ponieważ nadal byli w powietrzu a Daimon mocno ją trzymał.
-Niezła jest – przyznał Maks – Fajne powitanie było a teraz come on na Przedmieścia.
Zniżyli nieco lot tak by znaleźć się poniżej poziomu chmur i widzieć miasto. Z daleka wychylały się małe wiejskie budyneczki, chaty i zagrody. Charlotte nie mogła uwierzyć, że tak wygląda Niebo. Tak zwyczajnie…
-Zaparkowałem przy bramie do Drugiego Nieba. Chciałem wam oszczędzić jazdy po tych nierównych drogach – chwalił się Maks.
-Dzięki stary – odpowiedział krótko Daimon.
"Więc to jest Pierwsze Niebo…" myślała dziewczyna. Jak okiem sięgnąć rozciągały tu się pola uprawne i stare chaty. Wiele z nich było częściowo spalonych, inne – zrujnowane.
W miarę jak zbliżali się do Bramy zaczęło się pojawiać coraz więcej Aniołów. Większość z nich miała skrzydła białe lecz brudne od kurzu, część miała tylko jedno lub wcale. Niektóre nie miały kończyn, inne były jakieś dziwne.
-Nie patrz na to mała. To najbiedniejsza dzielnica Nieba – powiedział Daimon i delikatnie zasłonił jej oczy.
Nagle dziewczyna poczuła, że Anioły bardzo szybko obniżają lot, chyba nawet pikują w dół. Bała się zderzenia z ziemią, które odwlekało się niemiłosiernie. W pewnym momencie wszystko ustało a Charlotte poczuła stały grunt pod nogami. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do Anioła.
-To czym teraz jedziemy? – zapytała i zrobiła słodkie oczka.
-Tym! – Daimon dumnie wskazał ręką na wypolerowany, czarny motor nieznanej firmy – To Fenrir* jeżdżę tym motorem w każdej wolnej chwili. Jest przystosowany do walki, jazdy po trudnym terenie i w ogóle jest świetny.
Charlotte dostrzegła w oczach Daimona błysk szczęścia. Pomyślała też o tym, że zaraz będzie musiała wsiąść na Fenrira i wcale się tego nie bała. Wręcz przeciwnie – cieszyła się na samą myśl o tym, że znowu poczuje tą szybkość na własnej skórze.
-To jak kiedy jedziemy? – zapytała.
-Hmm… nie ma na co czekać. Wsiadaj!
Anioł przerzucił jedną nogę nad motorem i usadowił się wygodnie. Charl usiadła zaraz za nim. Objęła Anioła w pasie by nie spaść w czasie jazdy.
-Ej no tylko nic sobie nie myśl! – spojrzała na niego figlarnie i zaśmiała się.
-Nic nie myślę. Nic – uśmiechnął się i zachichotał.
-A wtedy… - dziewczyna zaczęła trochę smutniej – Ja wiem, że to Pati ci powiedziała żebyś tak zrobił.
-Jak? – Anioł nie rozumiał o co chodzi.
-No wtedy – Charl zarumieniła się.
-Aha… spoko tego nie było – znowu miło się uśmiechnął. Charl miała nadzieje, że też szczerze.
Daimon odpalił Fenrira i wystartował jadąc na tylnym kole. Maks został przy bramie. Miał podobno tam coś do załatwienia ze strażnikami.
Maszyna zaczęła nabierać prędkości. Silnik zagrzewał się coraz bardziej. Jechali około dwustu kilometrów na godzinę.
Charlotte czuła wiatr uderzający ją w twarz, napięte mięśnie Daimona kierującego potężnym motorem i niebiańską atmosferę tutejszych okolic.
Nie było tutaj aż takiej biedy jak w Pierwszym Niebie ale nadal rozciągały się tutaj pola i wsie. Czasem zdarzyło się zobaczyć jakiegoś białoskrzydłego Anioła machającego podróżnikom.
Nagle Daimon ostro zakręcił i zahamował. Mało brakowało a zderzyłby się z innym motorzystą jadącym pod prąd i to bez trzymania kierownicy.
-Cholera! – krzyknął ale tamten pojechał dalej –Sorry mała ale ja nie wiem kto im dał prawo jazdy.
-Spoko, jedźmy dalej.
-Jak sobie Pani życzy – uśmiechnął się ukazując białe zęby.
Ruszyli. Cały czas mijali podobne krajobrazy. Szczerze mówiąc nie było w nich nic nadzwyczajnego oprócz tego, że rośliny były tak piękne i niczym nie zniszczone.
Na Ziemi florę wyniszczyła doszczętnie Wojna Dusz.
Ale tutaj nie było wojny…
Zatrzymali się dopiero przy kolejnej Bramie. Daimon chciał coś dziewczynie wytłumaczyć.
-Słuchaj to jest Trzecie Niebo - Raj dla ludzi. Jeśli możesz nie rozglądaj się za bardzo, jeszcze zobaczysz kogoś znajomego… kogoś zmarłego.
-A… - Charl bała się zapytać – A czy są tu moi rodzice?
-Charl proszę cię nie myśl o tym…
-Ale Daimon!
-Proszę cię nie tym razem…
-No dobrze – spuściła wzrok jak dziecko, które coś nabroiło.
-Gdybym tylko mógł… Zrozum nawet ja nie mogę tam wejść.
-Aha… dobrze.
-Nie rób mi tego mała. Uśmiechnij się.
Dziewczyna naprawdę próbowała się uśmiechnąć ale myśl, że gdzieś tutaj jest jej rodzina…
Fenrir zatrzeszczał i ruszył. Daimon starał się jak najszybciej przejechać przez to Niebo.
Charlotte tak jak radził Anioł nie rozglądała się. Patrzyła gdzieś w przestrzeń pogrążona w marzeniach…

* * * * *



W Czwartym Niebie znajdowały się wszystkie najważniejsze urzędy oraz posiadłości poważanych Aniołów. Tak naprawdę mieszkali oni gdzie indziej w swoich prywatnych willach, które znajdowały się w Piątym Niebie.
Mieszkali tam także inni bogaci Aniołowie i Anielice.
-Hotel, w którym zamieszkamy prowadzi jeden z moich dobrych znajomych. Znajduje się on w Szóstym Niebie. To najpiękniejsze okolice. Stoją tutaj głównie hotele i restauracje. Miejsce to graniczy z morzem, dlatego wiele Aniołów przyjeżdża tu na urlop.
-A… Daleko jeszcze?
-Już prawie jesteśmy na miejscu – Daimon znów się uśmiechnął.
Odkąd opuścili Warszawę, gdy tylko przekroczyli próg pociągu Anioł stał się weselszy a uśmiech prawie nigdy nie opuszczał jego twarzy. Dziewczynie poprawiało to znacznie humor.
Jechali jeszcze pół godziny. Charlotte była zaskoczona tym co zobaczyła. Hotel już od zewnątrz wyglądał oszałamiająco więc co będzie w środku?!
Anioł zaparkował na specjalnym miejscu przeznaczonym tylko dla niego i pomógł dziewczynie zejść.
Ruszyli ścieżką w stronę wejścia. Wdrapali się po marmurowych schodach i przeszli prze z ozdabiane bursztynami drzwi.
Stanęli przy drewnianej, wypolerowanej ladzie. Daimon dotknął czegoś w kształcie krzyża co następnie zatrzeszczało i przywołało w jakiś magiczny sposób właściciela posiadłości.
-Daimon! Przyjacielu! – cieszył się tamten – O! I madame! Witam, witam! Jaki życzycie sobie apartament? Polecam nasze nowe dwuosobowe apartamenty z widokiem na morze! A może osobny domek? Zaraz was oprowadzę…
-To samo co zawsze… tylko razy dwa – przerwał Daimon.
Właściciel nagle osłupiał. Z jego twarzy nagle zniknął uśmiech i zastąpiło go zdziwienie.
-Czyli wy nie razem?
-Razem, razem ale nie w tym sensie.
-W takim razie… chodźcie.
Właściciel oprowadził ich po hotelu. Pokazał restaurację, basen, siłownię i inne tego typu pomieszczenia a następnie zaprowadził ich do apartamentów. Pokój Charlotte znajdował się obok pokoju Daimona. Mieli też duży, wspólny taras.
-Dobra mała leć do siebie przebierz się w coś ładnego pójdziemy pospacerować po plaży - powiadomił Daimon.
-Już lecę.
Dziewczyna założyła pierwszy raz od czasu przybycia do Drugiego Świata zwiewną, zieloną sukienkę. Spięła włosy w zgrabny kok i ozdobiła swoje nadgarstki lekkimi bransoletkami. Zamiast swoich ulubionych ciężkich butów założyła klapki.
Daimon już czekał na nią przed wejściem do hotelu.
Sam wyglądał nieco inaczej. Nie miał na sobie motorowej kurtki tylko koszulę i jeansy.
Bez słowo lecz z uśmiechami na twarzach poszli w stronę morza oglądać zachód słońca…



*Fenrir (tutaj: motor Daimona) – w mitologii skandynawskiej ogromny wilk, jedno z trójki dzieci, jakie Loki miał z olbrzymką Angerbodą.
Bogowie obawiali się, że gdy wilk podrośnie, może im zagrozić, postanowili więc spętać go łańcuchem. Jednakże bestia wyswobodziła się z niego, a także z kolejnego, dużo mocniejszego. Karły uplotły więc magiczny sznur zwany Gleipnirem - zrobiono go z odgłosu stąpania kota, brody kobiety, korzenia skały, ścięgien niedźwiedzia, oddechu ryby i śliny ptaka. Bogowie zabrali wilka na wyspę, gdzie mieli go spętać magicznym sznurem, ale Fenrir, wyczuwszy podstęp, postanowił zgodzić się na związanie Gleipnirem pod warunkiem, że jeden z bogów włoży dłoń w jego paszczę. Podjął się tego bóg Tyr. Jednak, gdy bogowie spętali już wilka, Tyr nie mógł się oswobodzić, wtedy rozwścieczony Fenrir odgryzł mu prawą rękę (odtąd Tyr był zwany także Jednorękim).


A właśnie idąc w ślady Agi znanej z blogów "naucze-cie-kochac", "za-brama" i wielu innych proszę jeśli chcecie być informowani o nowych notkch wpiszcie do księgi swoje nr gg. Nie mam za bardzo czasu żeby informować o notkach na blogach.
Dziękuję xD


komentarze [20]

•Rozdział ósmy: Równiny•
piątek, 22 czerwca 2007
14:41:21
komentarze [16]

Największą trudność sprawia mi przedstawianie uczuć…

Charlotte jeszcze troszkę kręciło się w głowie ale była zdolna to rozejrzenia się po pomieszczeniu. Wyglądało ono trochę jak piwnica. Okna mieściły się przy samym suficie, były małe i brudne. Ściany kompletnie szare, umazane gdzie niegdzie kolorowymi sprejami i farbami. Gdzieś w rogu stała stara szafa ze słoikami. Sama Charlotte leżała na jakimś futrze rozłożonym na ziemi. Bolały ją plecy. Zastanawiała się co tak naprawdę wydarzyło się poprzedniego dnia i powoli ogarniała ją panika.
Co się stało z Yakuzim i co będzie z nią. Katze, ta blondyna mówiła, że dostarczy ją Asmodeuszowi…
Charl postanowiła wstać i poszukać jakiejś dziury lub dającego się otworzyć okna przez które mogłaby uciec. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić drzwi uchyliły się a za nimi stał…
-Daimon! – krzyknęła uradowana dziewczyna.
-Ciii… Ścigają nas – poinformował Anioł.
-Kto? – to pytanie męczyło Charlotte już bardzo długo.
-Katze i Eveline. Pracują dla Asma.
-Ale czemu? Chyba to, że uciekliśmy nie jest jakąś straszną stratą dla nich…
-Hm… To nie jest teraz ważne. Znaleźli mój samolot a te dwie agentki okrutnie pobiły Yakuziego. Wolałbym żebyś go teraz nie widziała… - uprzedził prośbę dziewczyny – Chodź do pokoju, nie będziesz siedziała w tej dziurze.
Daimon przytrzymał żelazne drzwi dopóki Charl nie wyszła a potem wspiął się za nią po starych schodach. Dziewczyna miała pewne problemy z chodzeniem przez zranioną nogę, więc podtrzymywała się na ramieniu Anioła.
Daimon powoli wprowadził ją do mieszkania. Było ono urządzone w starym, konserwatywnym stylu. Śmierdziało w nim trochę stęchlizną. Mimo to było nawet sympatycznie. Na ścianach wisiały portrety w złotych ramach.
Charlotte usiadła na zielonej sofie i przyglądała się wnętrzu. Anioł wyszedł z pokoju niewiadomo kiedy zostawiając dziewczynę samą, pogrążoną w zupełnej ciszy. Wyjrzała przez okno. Rozciągał się z nim ten sam monotrony widok, który co dzień oglądał z okna sali.
Ruiny.
Ruiny były całym znanym jej światem. Nigdy nie widziała niczego innego. Co prawda bardzo dawno temu rodzice zabrali ją nad morze. Pamiętała niekończącą się taflę wody zniekształconą drobnymi i większymi falami.
Horyzont kończył się gdzieś daleko wyginając grzbiet w ledwo zauważalny łuk. Nieliczne statki z uciekinierami ginęły za nim bezpowrotnie.
Oni nie uciekli, chociaż mieli taką możliwość. Na północy w krajach wiecznego mrozu Fantomy nie występowały. Chociaż były tylko duchami coś je od tamtych terenów odpychało.
Śnieg. Charlotte kiedyś go widziała. Teraz praktycznie go nie było. Śnieg padał tylko na równinach bo miasta wysyłały w atmosferę niezliczone fale energetyczne odpychające chmury. Zawsze chciała znaleźć się na równinie.
Daimon wrócił przerywając jej rozmyślania. Przyniósł jej kubek ciepłej herbaty. Usiadł obok dziewczyny otulając ją skrzydłem. Niby tak niewinny gest a Charl zadrżała. Czuła ciepło jakie od niego płynie. Widziała jak na nią patrzył. Było w tym spojrzeniu coś tak czułego, coś… czego nie umiała zidentyfikować.
Nagle znalazł się bliżej niej i niemal niezauważalnie przesunął rękę za jej plecami obejmując delikatnie. Przytulił ją i pocałował w policzek. Dziewczyna ujęła w dłonie jego twarz.
Anioł i ludzka kobieta.
-Daimon! – krzyknęła Partycja z drugiego pokoju.
Daimon na chwilę odwrócił się w stronę, z której dobiegał krzyk po czym pogładził włosy Charlotte.
-Wybacz mała, zaraz do ciebie wrócę – szepnął jej do ucha.

* * * * *



-Przerwałaś nam Pati – Powiedział Daimon wchodząc do pokoju.
-Och wybacz – zaśmiała się – widzę, że nareszcie zacząłeś działać jak facet. A tak w ogóle z Yakuzim jest trochę lepiej. Silny chłopak. Szybko się pozbiera.
-Mam nadzieje. Charl się o niego martwi.
Anioł podszedł do Japończyka skulonego na kolejnej sofie. Chłopak miał dreszcze i jeszcze krwawił. Patrycja położyła rękę na ramieniu brata.
-Powinnam zobaczyć co z nogą Charlotte. Paskudna rana a ten miecz chyba był zatruty.
Wyszła. Daimon patrzył przez okno próbując przeniknąć wzrokiem budynki.
"Nie pozwolę cię skrzywdzić mała… Nie pozwolę…"

Partycja opatrywała ranę Charlotte. Już wcześniej założyła jej bandaż by zapobiec krwawieniu teraz jednak starała się oczyścić ją magią.
-Nie jest źle. Szczerze mówiąc to nawet ci się udało. Będziesz troszkę kuleć ale to niedługo – poinformowała Anielica.
-A Yakuzi? Co z nim?
-Na razie śpi. Może później się zobaczycie.
-Wolałabym teraz… - upierała się ale nic to nie dało.
Japończyk tak wiele zrobił dla dziewczyny nie mając w tym najmniejszego interesu. Tak się do siebie przyzwyczaili… Charlotte traktowała go już jak brata. W Drugim Świecie wszystko działo się tak szybko i niespodziewanie. Te ataki…
I Daimon…
Pojawił się tak nagle. Czemu go ścigają? Czemu Katze i Eveline zaatakowały dom Yakuziego skoro zależy im na Aniele? Chciały go zwabić? Widocznie coś im się nie udało. Co się wydarzyło gdy zemdlała?
Postanowiła o to wszystko zapytać go gdy tylko przyjdzie. Jej myśli tak szybko przechodziły z jednej w drugą, że już sama za nimi nie nadążała. Kolejne pytania. Upadłe Miasto niosło ze sobą tyle pytań, tyle zagadek. Nie dawało podpowiedzi…
Nawet nie zauważyła gdy obok niej znalazł się Daimon, kiedy ułożyła wygodnie głowę na jego kolanach i zasnęła. Czuła, że nareszcie kogoś kocha…

* * * * *



Patrycja siedziała w kręgu wyrysowanym na podłodze biała kredą i krwią. Dookoła widniały setki dziwnych znaków. Anielica wypowiadała szeptem słowa zamieniające się powoli w melodię o dziwnym monotonnym rytmie. Była niezrozumiała, widocznie w innym języku.
Obok w drugim kręgu leżał nieprzytomny Yakuzi wysmarowany dziwną farbą i lekko drżący. Charlotte przypatrywała się całej scenie zza drzwi szafy, w której ukryła się gdy tylko Daimon zasnął. Miał on pewnie pilnować dziewczyny żeby tego nie widziała. Patrycja święcie przekonana, że jest tak jak być powinno odprawiała coraz to kolejne rytuały.
Powoli wszystkie te zaklęcia zaczęły dziewczynę usypiać. Za wszelką cenę starała się nie zamykać oczu a nawet nie mrugać.
"A jednak nie jest z nim do końca dobrze..."
Blond włosy Anielicy przybrały jakiegoś dziwnie szkarłatnego odcienia i zaczęły się unosić przypominając tańczące węże. Charlotte ubóstwiała węże. Były to jedne z jej ulubionych zwierząt. Kojarzyły jej się silnie z pogaństwem i politeizmem. Kiedyś ludzie czcili te stworzenia. Teraz czują do nich zazwyczaj pogardę. Dziewczyna odnosiła wrażenie, że węże mają w sobie rzeczywiście coś z Boga. Może jego przeciwieństwo?
No bo kto kusił Ewę w Raju?
Wąż.
Nie można było się mu oprzeć. To tak jak z Daimonem, zaśmiała się na to porównanie. Daimon nie kusił, on po prostu był… cudowny…
Nie mógłby być człowiekiem. Na Ziemi nie ma faceta takiego jak on. Zarówno z charakteru jak i z wyglądu.
Po prostu – Anioł.
Z letargu wyrwała ją dopiero jakaś znajoma melodia. Dziewczynie wydawało się, że słyszała ją już kiedyś. W tle ktoś grał cicho na fortepianie. Naprawdę nie znała tego języka ale zaczęła szeptać słowa, te same co Pati. Zaczynała śpiewać coraz głośniej. Nie wytrzymała i wyszła z szafy. Gdy tylko stanęła na podłodze wokół jej stóp powstawały nowe znaki, jakieś pentagramy.
A ona śpiewała.
Słowa wylewały się z jej ust płynąc własną drogą. Nie zatrzymała ich Patrycja ani Daimon, który właśnie się obudził.
A w tle grał fortepian.
Puste pięciolinie zapełniały się nowymi taktami, zwrotkami… i znowu refren.
Ile mogą zdziałać słowa?
Yakuzim zaczęły rzucać drgawki a jego głębokie rany zasklepiały się.
Jakiś wilk zawył do księżyca.
Albo do swojej Pani…
Japończyk jeszcze chwilę się męczył, po czym wszystko ucichło a on leżał spokojnie na podłodze.
Jakby martwy.
Charlotte upadła nagle na ziemię i znieruchomiała.
Czuła, słyszała i widziała. Żyła ale jakoś… inaczej?
Daimon podbiegł do niej, Patrycja do Yakuziego. Anioł przytulił mocno zimną dziewczynę, która chwilę później wstała, otrzepała się z piasku i stwierdziła, że nic jej nie jest.
-Charl wiesz co się z Tobą działo? – zapytała Patrycja.
-No nie za bardzo.
-Zaśpiewałaś właśnie Wilczą Pieśń. Teraz wszystko jest jasne…
-Jakoś nie dla mnie – odpowiedziała z prostotą dziewczyna.
Wtrącił się Daimon:
-Teraz już wiemy dlaczego tak bardzo Asmodeuszowi na tobie zależało. Tu nie chodziło tylko o mnie ale i o ciebie. Jesteś Wilczycą. To chyba to tak nas do siebie przyciągnęło… Przepowiednia. Dziwne…
-Ja nadal nie rozumiem…
-W sumie wszystko do siebie pasuje – ciągnął dalej Daimon - Muszę cię zabrać do Nieba.

* * * * *



Charlotte oglądała wschód słońca – ponowne narodziny nowego dnia. Yakuzi był zdrowy. To ona go wyleczyła. Jak? Coś zaśpiewała. Tak po prostu znała słowa, była jakąś tam Wilczycą…
Przecież to zbyt banalne!
I niemożliwe…
Błąd!
Tutaj wszystko jest możliwe.
A teraz miała pojechać do Nieba. Ciekawe jak? Na pegazie? Może na koniku Pony?! Zaśmiała się. Powoli ogarniało ją coś typu histerii.
-Nie dziwię się, że ludzie tutaj fiksują – syknęła pod nosem.
Przechadzała się nerwowo po pokoju. Nikt nie raczył wytłumaczyć jej kim tak naprawdę się stała i co się wydarzyło. Wszyscy byli zbyt zajęci sobą by się do niej choćby odezwać.
Nawet Daimon…
Teraz zaczęła się zastanawiać czy nie jest dla Anioła tylko chwilową zabawką. Co on w niej widział? Wokół siebie miał na pewno setki pięknych Anielic o wiele uleglejszych i chętniejszych na romanse.
A może mu się znudziły i chciał spróbować czegoś nowego?
Charlotte by się tym specjalnie nie zdziwiła. Trochę było jej smutno. Przez jakiś czas czuła, że Daimon jest najbliższą jej osobą a teraz pojawiły się wątpliwości.
Jakiś czas później przyszedł do niej Yakuzi. Podziękował i powiedział żeby szykowała się do wyjścia. Nie mówił gdzie. Nie pytała.
Ubrała się ciepło jak kazał Japończyk. Na czarno. Nie kryła bólu. Bezpodstawnego bólu. Przecież nic złego się nie stało. Wręcz przeciwnie!
Ale ona tak bardzo przyzwyczaiła się do myśli, że już przez całe życie będzie sama. Taka nagła zmiana sytuacji… Świadomość tego, że może być dla kogoś kimś więcej niż przyjaciółką.
To ją przerastało.

Szła jakimś podziemnym korytarzem prowadzona przez Patrycje. Co parę metrów stały drzwi do piwnic, po ziemi biegały szczury.
Szczury, koty i inne drobne zwierzęta przeżyły wojnę. Ale większość wyginęła w zastraszającym tempie. Konie, niedźwiedzie, wszelkie zwierzęta Afryki. Już ich nie ma.
Czasem widywało się wilki…
Wilk był podziwiany za swoją dumę i niezależność. Ginęły. Powoli ale nieodwracalnie. Charl zawsze chciała być wilkiem. Czuła tą ich siłę gdy tylko jakiegoś widziała. Istoty te rzadko pojawiały się w mieście chociaż nie bały się ludzi. Gardziły nimi. A ludzie czuli wobec nich respekt.
"I tak powinno być…"
Złoty blask zalał Charlotte, która mimowolnie cofnęła się w mrok. To Anielica otworzyła drzwi. Drzwi prowadzące na równiny.
"Albo do Nieba…"
Na zewnątrz stał Daimon z Yakuzim. Rozmawiali o czymś i patrzyli w dal. Charlotte stanęła obok nich i rozejrzała się. Za nią wyrastały brudne, przesiąknięte śmiercią, kamienne bloki a przed nią rozciągały się stepy porośnięte żółtą, czerwoną, fioletową a przede wszystkim suchą i spaloną słońcem trawą.
Daimon wykonał gest jakby chciał ją przytulić ale odsunęła się tak by wyglądało na to, że się rozgląda.
-Wiesz Charl – zaczął Yakuzi – Musisz iść z Daimonem… A ja tu zostanę. Nie załatwiłem jeszcze wielu spraw na tym świecie. Niedługo się spotkamy. Patrycja tez tu zostaje. Będziemy się widywać a ona gdy zawita do Nieba przekaże ci jakieś widomości ode mnie.
-Ale… Jeśli tak uważasz mistrzu – zdobyła się na żart.
-No idź już. Nie chcę tutaj łez.
-Pa…
-No spadaj – odwrócił się. Było mu ciężko.
Dziewczyna pomachała im jeszcze i odeszła z Aniołem.
Milczeli.
Szli w stronę Nieba…

Chciałam zapytać: czy uważacie, że notki są za długie?
Mam pisać krótsze? Troszkę będzie z tym problem, bo lubię pisać takie długie, jakoś łatwiej mi w nich coś przekazać… A i jak często mam je dodawać?
Odpowiedzcie, please…
A i jeszcze jedno: ponieważ informowanie o nowych notkach zajmuje mi dużo czau będe informować tylko tych, którzy komentują.
AMEN


komentarze [16]

•Rozdział siódmy: Katze•
piątek, 15 czerwca 2007
15:31:38
komentarze [23]

Jestem jak róża - niekochana więdnę
Jestem jak dziecko - odepchnięta cierpię…
Tą notkę piszę dla Pinky. Za to co przeszła, za to co ja przeszłam i za to że jest jaka jest.
A właśnie i jak mi nie powiesz kto nagadał Ci tych bzdur to nie masz prawa czytać!


Yakuzi nie odzywał się do Charlotte przez następne parę dni. Chciał dać jej czas by mogła mu ponownie zaufać. Jak na tak młody wiek zachowywał się nadzwyczaj dorośle i poważnie. Żył w Drugim Świecie odkąd pamiętał. Nie był jednak pewny czy zawsze tak było. Gdy stał się Szczurkiem z jego pamięci wymazało się wiele faktów a te, które zostały były rozmyte i nieczytelne. Ułamki wspomnień, dziecięce szczęście – wszystko to było Yakuziemu odebrane zbyt wcześnie. Nie tylko on walczył w tajnych organizacjach i nie tylko on przeszedł metamorfozę jednak to właśnie on ujawnił się człowiekowi z Warszawy Nad i pomagał mu zrozumieć ten świat. Teraz postanowił wtajemniczyć Charl w bardziej zawiłe relacje Upadłego Miasta…
Między Charlotte a Daimonem wytworzyła się więź i choć znali się zaledwie parę dni bardzo tęskniła za jego towarzystwem. Cały czas słyszała w głowie jego lekko zachrypnięty głos "Good-bye mała" i te oczy… kosmiczna czerń z jasno zielonymi obwódkami.
Dziewczyna czasem sama siebie karciła za te myśli i za to co czuje. Ale to przecież nie jej wina. Wszystko to rodziło się w jej podświadomości.
Jej rozmyślenia nie trwały długo. Jak zwykle szybko się pozbierała, ubrała w poszarpane jeansy i czarny T-shirt z wielkim białym napisem "N E V E R", ciężkie buty - nieco przypominające glany i długie, pasiaste rękawiczki bez palców. Wszystko razem nie sprawiało powalającego efektu ale było wygodne.
Charlotte była dziewczyną silną i niezależną. Pamiętała - teraz jej celem było odnalezienie przyjaciółki i powrót do domu. Kamille… co się z nią dzieje. Mrok porwał ją do swoich czeluści najprawdopodobniej przenosząc do innego wymiaru. Nawet jeśli dziewczyna stamtąd wróci nie będzie taka jak przedtem. Poznać tyle tajemnic innego wymiaru… to nie jest zadanie dla tak młodego umysłu. Kamille nie ma wręcz prawa wrócić normalna.
Charlotte nie chciała żeby Yakuzi myślał, że się nad sobą rozczula. Wyszła z pokoju i szła korytarzem kierując się w stronę sali treningowej. Po drodze pogłaskała łaszącego się kota. Miękka czarna sierść dodawała wiary w siebie. To nieprawdopodobne jak futrzak może podnieść na duchu.
Charlotte gdy była mała miała psa. Piękny, beżowy Labrador o silnych łapach i przyjaznym wzroku – wymarzony pies dla rodziców z jednym dzieckiem. Jednak wojna pochłonęła go razem z rodzicami. Dziewczyna nadal pamięta baśń o Psim Niebie obszarze zakazanym dla ludzi i Aniołów otwartym natomiast dla wszystkich psów. Wieczna sielanka i radość. Jej Labrador na pewno tam jest… Kiedyś razem z nim powędruje tam gdzie łąka łączy z tęczą…
Korytarz skończył się zastąpiła go natomiast wielka sala. Ściany w niej była nowe, czyste pokryte świeżą farbą. Charl pewnym krokiem weszła do środka i w ułamku sekundy wykonała obrót łapiącym przy tym miecz rzucony przez Japończyka. Cienka katana lekko drasnęła jej ramię. Dziewczyna wykonała kolejny obrót, po nim gwiazdę na jednej ręce i znalazła się za plecami chłopaka. Zamachnęła się mieczem parując cięcie a potem pchnęła Yakuziego w bok. Odskoczyła ale poślizgnęła się i wywróciła. Japończyk przystawił jej do gardła ostry sztylet.
-Trup – zachichotał i opluł się.
-Dziecko, może troszkę kultury – Charlotte odepchnęła go, otrzepała się i pokazała mu język.
-Wyszłaś z wprawy.
-Pff, dałam ci fory…
-Jasne, jasne. A tak zmieniając temat muszę ci o czymś powiedzieć… - patrzył w dal.
-Tak?
-Widzisz niewiele o mnie wiesz. Możesz mnie nie rozumieć i z tego mogą wynikać nasze konflikty. Tobie wydaje się, że jestem smarkatym Japończykiem i że nie jestem w stanie zrozumieć twoich uczuć. Może i masz racje ale nie do końca.
Po pierwsze nie mam dziesięciu lat… Pamiętam jeszcze czasy przed wojną ale o tym później. Jako właśnie taki dzieciak na jakiego wyglądam zapisałem się… nie, właściwsze słowo – wstąpiłem w szeregi Szczurków. Szczurki były tajną organizacją, zgrupowaniem wszystkich Dzieci Chaosu mającym zadanie "cicho" walczyć z Upadłymi Aniołami i rasowymi Demonami.
Podkładaliśmy granaty, strzelaliśmy z lekkich laserów, kradliśmy broń i dokumenty przeciwnikowi.
Byliśmy nie do pokonania, ponieważ tak naprawdę nikt nie wiedział gdzie ani kim jesteśmy. Nie mięliśmy bazy ani dokumentacji.
Byliśmy tak mali i sprytni a do tego poświęceni chaosowi, że byliśmy w stanie powstrzymać wszystkich.
Jednak było coś czego nie przewidział nikt – Szczurki w tak wielkim zgrupowaniu wzajemnie na siebie oddziaływały. Skutki tego objawiły się miedzy innymi w naszym wyglądzie a także zdolnościach. Gdy uczyliśmy się razem było nam łatwiej.
Ja, chociaż już od dawna nie widziałem innego Dziecka Chaosu nie urosłem, nie wydoroślałem. Moje zachowanie też jest zazwyczaj dziecinne lub przynajmniej niedorosłe ale nie może być inne – to jest znak rozpoznawszy Szczurków.
Teraz gdy wracam do tego wspomnieniami czuje takie rodzinne ciepło, pamiętam przyjaciół… To boli Charl. Wiem, że ty odczuwasz podobne stany. Musisz – żyjesz w Ruinach Warszawy – niegdyś wielkiej metropolii, stolicy broni laserowej…
A wracając do szczurków… już ich pewnie nie spotkam ale pozostaną w mojej pamięci tak długo jak płynąć będzie Potok Życia, w którym część z nich przebywa…
Charlotte nie mogła się powstrzymać od zadania pytania.
-Czym jest ten Potok?
-To miejsce, w którym Dzieci Chaosu przebywają po śmierci. One nie są zdolne do życia w Niebie. Nie mają na to siły…
Dziewczyna chciała dalej wypytywać się o szczegóły jednak widząc jaki ból sprawia Yakuziemu opowiadanie o przeszłości postanowiła umilknąć.
Siedzieli tak pogrążeni w myślach nie rozmawiając i tylko oddychając rytmicznie.
Po jakimś czasie Japończyk zapytał:
-Charl a może ty mi opowiesz co się wydarzyło gdy cię porwali… tak dokładniej. Poza tym trzeba znaleźć twój miecz. Taka broń w rękach Aniołów... wolę nie myśleć co by się stało gdyby jej użyli – pokręcił głową – No opowiadaj.
Dziewczyna tym razem bardzo dokładnie, wkładając w to wiele uczuć opowiedziała o wszystkich zajściach. Rumieniła się opowiadając o Daimonie i złościła wspominając Asmodeusza. Przedstawiła także postać Patrycji szczegółowo opisując fascynujące wzory na jej skrzydłach i szatach.
Yakuzi przysłuchiwał się temu dodając własne komentarze.
-Chciałabyś się jeszcze spotkać z tym Daimonem? – zapytał gdy skończyła.
Pokiwała twierdząco głową.
-Ale skoro on widzi jakieś niebezpieczeństwo… Lepiej nie ryzykować.
-Ale! – dziewczyna już chciała protestować.
-To kiedy wyruszamy na misje? – zachichotał Japończyk – Znajdziemy twój miecz i tego Anioła. A potem Kamille.
-Jasne! – krzyknęła radośnie.

* * * * *



Charlotte stała na dzikim polu może stepie obserwując czerwone niebo. W oddali majaczył cień. Powoli zbliżał się ku niej nabierając ludzkiego kształtu i wyraźnych barw. Za nim powiewały sparaliżowane skrzydła.
-Mała nie idź za mną…
-Daimon?
Anioł był tak do siebie niepodobny. Zmęczony, brudny, zakrwawiony. Lewa ręka i skrzydła zwisały bezwładnie. Oczy straciły blask.
-Oni cię znajdą, mała… wracaj do domu… - zakrztusił się krwią.
-Daimon! – podbiegła do niego ale ja odepchnął.
-Dużo mnie kosztowało zjawienie się w twoim śnie… Posłuchaj mnie i pozwól odejść.
Nagle Daimon zaczął się przeistaczać. Stał się większy, potężniejszy. Głęboka czerń skrzydeł zbladła i pokryła się cętkami. Twarz nabrała szyderczych rysów.
Teraz przed dziewczyną stał Asmodeusz w całej swej okazałości. Uśmiechnął się zalotnie i niespodziewanie szybko chwycił Charlotte za nadgarstki. Dziewczyna szarpała się ale to nic nie dało. Złapał ją w pasie, skrzydłami blokując drogę ucieczki.
-Spadaj! Puść mnie!
Nagle Charl doznała olśnienia…
"To tylko sen!"

Chwilę później leżała już w swoim łóżku ciężko dysząc. Realny świat nagle zwalił jej się na głowę. Poczuła promienie na twarzy i lekki zapach róż. Przeciągnęła się i przetarła oczy. Przez jej głowę przemknęła myśl, że nareszcie spotka się z przyjaciółką. Jednak dopiero teraz uświadomiła sobie, że boi się tego. A jeśli Kamille nie jest już taka jak przedtem. Równie dobrze może być martwa.
Wzdrygnęła się na tą myśl. Z pewnością Kamille żyje i już na nią czeka.
Charl nagle przypomniało się, że Yakuzi powinien ją obudzić. Nie zrobił tego. Ostatnio bardzo się zmienił. Poza tym ile on może mieć lat? Skoro widział czasy przed wojną…
Wojna dusz rozpoczęła się od spadnięcia meteorytu na Ziemię w roku 2031… Teraz jest 2073…
-O my God! On ma ponad 40 lat! – krzyknęła uświadamiając sobie prawdę.
-Czego krzyczysz? Co się stało? – Z pobliskiego pokoju darł się Japończyk.
A ona siedziała zapatrzona w przestrzeń jakby chciała przebić wzrokiem ścianę. Widziała wszystkie szczegóły jednocześnie nie dostrzegając nic. Myślami była daleko stąd.
-Yakuzi ja już nie wierzę, że to dzieje się naprawdę…
Chłopak przybiegł ze swojej sypialni. Zapytał o co jej chodzi a ona dalej patrzyła w to samo miejsce. Powoli wyjąkała:
-Nie wierzę, że masz 40 lat i że to miejsce jest prawdziwe. Nie wierzę, że istnieją Anioły i Demony, że nie ma śmierci, i że Kamille zaginęła… Tego nie ma to tylko kolejny koszmar…
-Charl uwierz, to nie jest sen. Jesteś tu naprawdę, musisz być twarda. A mój wiek – wydaje się to tak dużo ale to tylko pozór. Mam w sobie o wiele więcej z dzieciaka niż tylko wygląd. Dziewczyno nie płacz! Nie, jak się uspokoisz to mnie zawołaj! – wyszedł i zostawił ją samą. Chociaż nie do końca. Całej rozmowie przysłuchiwał się mały Myuki. Siedział teraz w kącie patrząc na Charlotte błyszczącymi oczkami.
-Ty mnie pewnie rozumiesz kocie – uśmiechnęła się do zwierzaka i ostatni raz zaszlochała.

* * * * *



-Jak mogłeś ją zostawić samą?! – krzyczała Patrycja.
-Nie samą! Została z Yakuzim, będzie bezpieczna… - odpowiedział również krzykiem Daimon.
-Słuchaj, Yakuzi nie obroni jej przed Aniołami. Jeden Szczurek nie da sobie rady... Poza tym wiem, że za nią tęsknisz. Wiem co czujesz Daimon. To widać… - mówiła wolno Anielica.
-Aż tak?! Na Jasność ona pewnie też zauważyła… - czarnoskrzydły Anioł chodził nerwowo po samolocie.
-Ale ona też to czuje, uwierz mi.
-A co ty taka wszystkowiedząca?
Kłócili się jeszcze jakiś czas dopóki Patrycja nie trzasnęła za sobą drzwiami samolotu. Daimon został teraz sam i mógł wszystko przemyśleć. Jego siostra miała rację ale przecież nie mógł jej tego powiedzieć. Męska duma. Zamiast tego pozwolił by wyszła na niebezpieczne ulice Upadłego Miasta.
Sumienie nie pozwoliło mu się dłużej zastanawiać. Pobiegł za nią i siłą przywlókł do "domu".
-Nie patrz tak na mnie wiesz, że po nią pójdę.
-Leć.
-Już, już…

* * * * *



Uwagę Charlotte przykuły dziwne dźwięki dobiegające z sali. Wyszła na korytarz by sprawdzić co się dzieje. Usłyszała szczęk metalu uderzanego o metal, jęki i piski a także strzały z pistoletu. Wróciła się do pokoju po miecz.
"Tak na wszelki wypadek"
Teraz już biegiem ruszyła w stronę sali. To co zobaczyła było jednym z najgorszych widoków w jej życiu. Podobne rzeczy widywała tylko jako dziecko w czasie wojny.
Krew, mnóstwo krwi. Nie żeby Charl była jakaś przeczulona na jej widok albo miała mdłości. Nie, ona po prostu widziała czyja to krew.
-Yakuzi!
-O przyszła nasza ofiara – uśmiechnęła się szyderczo wysoka blondynka ubrana w bardzo obcisły i skąpy czarny kostium. W ręce trzymała błyszczący miecz, przy pasie widniały dwa eleganckie pistolety.
Dalej stała… Eveline. Ubrana była podobnie do blondynki tyle że na biało. Jedną nogą przygniatała klatkę piersiową Yakuziego drugą stała w kałuży krwi. Uśmiechała się spod rozwichrzonych włosów.
-Część Szarlotko jestem Katze – blondyna podeszła do dziewczyny – Zajmuje się mordowaniem Aniołów i dostarczaniem małych, słodkich dziewczynek Asmusiowi.
Charlotte uniosła katanę ostrze kierując ku kobiecie.
"Skoro Yakuzi sobie nie poradził to co ja mogę zrobić?"
Zaatakowała. Zarobiła kilka zadraśnięć i siniaków. Przy następnym ataku otrzymała jedną wielką ranę na udzie. Nie próbowała dalszej walki. Zaczęła uciekać. Z uda sączyła się krew. Dziewczyna czuła, że traci siły. Ściany wydawały jej się dziwnie zniszczone i jakby bardziej szare. Stara farba coraz bardziej się złuszczała, odpadał tynk i kruszył się sufit. Podłoga kołysała się, wszystko było rozmyte, niewyraźne. Mały, czarny kłębuszek przebiegł zygzakiem tuż przed dziewczyną.
Żeby się nie wywrócić Charlotte oparła się o ścianę. Poczuła mocne uderzenie w plecy.
Upadła.
Ktoś dotknął jej czoła po czym świat zniknął…

komentarze [23]

•Rozdział szósty: Good-bye•
sobota, 26 maja 2007
18:09:15
komentarze [18]

Zaspana Charlotte wiedziona złymi przeczuciami wyskoczyła z łóżka i pobiegła w stronę kabiny pilota, w której miał się znajdować Daimon.
Samolot, w którym Anioł mieszkał przypominał tą wielką maszynę jedynie od zewnątrz. W środku był pozbawiony rzędów krzeseł a zamiast nich były wstawione zwykłe meble.
Szafki, fotele, łóżko, stół a nawet kuchenka mieściły się w byłym przedziale dla pasażerów.
Dziewczyna biegła wzdłuż malutkich brudnych okienek potykając się o różne bliżej niezidentyfikowane rzeczy.
Gdy dotarła do drzwi kabiny zdała sobie sprawę, że nie może ot tak wparować do prywatnego ”pokoju” Anioła.
Zapukała.
Odpowiedziała jej głucha cisza.
Zapukała ponownie i znów nie usłyszała nic.
”Może już mu się coś stało?” – pomyślała przerażona.
Położyła dłoń na srebrnej klamce i delikatnie nacisnęła. Drzwi uchyliły się i dziewczynę zalała fala ciepłego, czerwonego światła.
Jak potem zauważyła był to blask lampy wiszącej na suficie.
Daimon leżał najspokojniej w świecie na hamaku okryty od stóp aż po czubek głowy swoimi potężnymi haczykowato zakończonymi skrzydłami. W świetle lampy nabrały osobliwego, purpurowego koloru.
”Widocznie nie słyszał pukania… spał…a może...” – Charlotte myślała o najgorszym. Podeszła do Anioła. Jeśli nie żyje nie będzie miał pulsu – to najłatwiejszy sposób na sprawdzenie czy jest jeszcze po stronie żywych czy już Tam…
-Cholera ale jak ja mam ci ten puls sprawdzić jak się tak schowałeś pod tymi skrzydełkami?! – syknęła pod nosem.
-Mogę sobie sam sprawdzić – odezwał się niewyraźnie.
-To ty nie śpisz?! Żyjesz! Co nie odpowiadałeś jak pukałam?!
-Wybacz, chciałem cię zobaczyć – usiadł na hamaku i uśmiechnął się słodko.
”Czy on musi być taki uroczy” – pomyślała - ”Ale chyba nie jest taki jak oni…”
-I tak byś mnie zobaczył – spróbowała zrobić obojętna minę ale raczej jej to nie wyszło.
-No już spokojnie – wstał – Powiedz co się stało.
-Śniłeś mi się… to znaczy… to były koszmary i…
-Usiądź – pokierował ją w stronę hamaka. Dziewczyna usiadła a on obok niej.
-O my God! A jak spadnę? – nie czuła się stabilnie.
-Nie martw się – rozpostarł jedno skrzydło tworząc za plecami Charlotte oparcie. Ona jednak nie skorzystała z pomocy.
-Dam sobie radę – powiedziała twardo. Daimon spuścił wzrok – No więc śniłeś mi się i te zakrwawione czarne pióra… bałam się, że coś może ci się stać ale ty sobie spałeś…
-To pewnie po wrażeniach z tego dnia. Musiałaś odreagować.
-Ale to mi się nie śniło dziś! – pokręciła głową – To śni mi się od paru tygodni co noc…
-Hmmm… miejmy nadzieje, że to nic groźnego.
Wbiła wzrok w ziemię. Bała się tych snów a Daimon w ogóle się nie przejął. Chociaż może…
Wyglądał teraz jakby myślał. Tylko o czym?
”Na pewno nie o mnie” – pomyślała - ”W ogóle po co mnie ratował? Kim ja jestem, że zasługuje na jego uwagę”
Nagle poczuła, że bardzo chce jej się spać. Popatrzyła jeszcze raz na Anioła po czym wstała i podeszła do drzwi.
-Dobranoc – zdobyła się na uśmiech.
-Miłych snów – odpowiedział Daimon.

* * * * *



Charlotte nie wiedziała o czym śniła. Nie wiedziała także do końca gdzie się znajduje. Nie chciała wiedzieć. Zacisnęła mocno powieki nie dopuszczając do siebie rzeczywistości.
Świadomość przywróciło jej dopiero natarczywe pukanie do drzwi, które po – jak sądziła –wieczności otworzył Daimon.
Za nimi stała niewysoka, rozpromieniona Anielica o przepięknych białych skrzydłach. Rzuciła się Daimonowi na szyję i witała go radośnie. Przez ten cały czas nawet nie spojrzała na dziewczynę.
Daimon wziął Anielice za rękę i wprowadził do środka. Dopiero teraz dostrzegła Charlotte .
-O cześć mała – uśmiechnęła się.
Miała śliczne, kręcone blond włosy, błękitne oczy, gładziutką, rumianą cerę i nienaganną sylwetkę. Na jej skrzydłach można była dostrzec delikatne złote wzorki.
Jednym słowem – była idealna.
”To pewnie jego dziewczyna…” – pomyślała Chal ze smutkiem - ”Ale o co ja się martwię?
Co ja sobie myślałam?! ” – skarciła się w myślach.
-Cześć.
-Jestem Patrycja. Pati dla przyjaciół – uśmiechnęła się promiennie. Nie dało się jej nie polubić. Była taka sympatyczna.
-A ja Charlotte – nawet nie próbowała się uśmiechnąć.
Patrycja usiadła na skraju łóżka obok dziewczyny. Jej mięciutkie pióro musnęło twarz Charlotte. Tak delikatnego puchu dziewczyna nigdy jeszcze nie widziała.
-Przepraszam – wyszeptała Anielica.
-Nic się nie stało – powiedziała Charl zgodnie z prawdą – Masz cudowne pióra.
-E tam – machnęła ręką – Daimonek ma fajniejsze – posłała mu rozweselone spojrzenie i zmieniła temat - Uciekałam przed burzą. Niedługo i tutaj dotrze. Pioruny walą jak szalone, Jova musiał się nieźle wkurzyć.
-A skąd idzie burza?
-Z zachodu.
-No to Charl będziesz tu musiała jeszcze jakiś czas zostać. W trójkę będzie nam raźniej a jak burza osłabnie to zabiorę cię do Yakuziego – uśmiechnął się.
Dziewczyna odburknęła ciche ”Okey” po czym wstała i wyjrzała za małe, brudne okno. Widok nie był nadzwyczajny – ruiny, śmieci, ruiny, szczury, ruiny…
Anioły zajęte rozmową nie zwracały na nią uwagi. Stała tak pogrążona w marzeniach. Myślała o odnalezieniu przyjaciółki, o tym jak wróci do Yakuziego i jak znajdą przejście do jej świata.
Nagle zobaczyła w swym umyśla obraz. Widziała go już tylko nie pamiętała gdzie.
Suche trawy, puste pole, może amerykański step. Poczuła ciepło ognia i dotyk delikatnego pióra.
Otworzyła oczy i zrozumiała, że przysnęła.
Na zewnątrz lał deszcz i trzaskały pioruny. Stare blachy trzeszczały pod naporem wody. Pojedyncze kropelki wybijały oryginalny rytm tworzący wspólną harmonię z resztą dźwięków.
Charl wsłuchana w ten niezwykły utwór zaczęła znów roztapiać się w marzeniach tym razem jednak szybko odzyskała świadomość.
Zauważyła, że Daimon i Patrycja gdzieś zniknęli. Usłyszała strzępy rozmowy.
- Słuchaj każdy człowiek, który przebywa w drugim świcie ma w sobie coś niezwykłego. Ona… - rozmowa stała się cichsza – Wiem, że Asmodeusz będzie mnie ścigać ale on jest tyl… …uciekniemy… … Katze? Ona może... - reszty słów Charlotte nie usłyszała. Postanowiła wrócić do siebie zanim któryś z Aniołów zobaczy ją stojącą pod drzwiami i podsłuchującą.

* * * * *



Jakiś czas później wszyscy razem siedzieli w ”kuchni” na drewnianych stołkach i rozmawiali. Charl miała okazję dowiedzieć się więcej o Aniołach i ich życiu, o niesamowitych skrzydłach i lataniu oraz o tajemniczym Asmodeuszu.
-Jak to jest być Aniołem? Mieć skrzydła, żyć w Niebie?
-Normalnie… tylko trochę trudniej. Trzeba zachowywać hierarchię, podporządkowywać się – opowiadała Patrycja – Daimonowi to nie pasowało i uciekł czego byłaś świadkiem. Ja nie mam aż tyle odwagi, poza tym zazwyczaj przebywam i mieszkam w Niebie a nie w Głębi tak jak mój brat. Ale to nie był jego wybór on musiał… - ciągnęła tak jeszcze parę minut ale Chral już jej nie słuchała.
”Jej brat? Prawdziwy brat?”
- Zaczekaj – przerwała – Daimon to twój brat?
-Tak, co w tym dziwnego? Nie mówił ci o mnie?
-Nie rozmawialiśmy…
-Aha! Daimon szatanie! Stresujesz nam tu dziewczynę! Co to ma znaczyć? – żartowała.
Chral zastanawiała teraz inna sprawa. To, że Daimon jej się podobał było oczywiste. Był Aniołem a do tego przystojnym. Ale jak oni mogliby rodzeństwem skoro mieli inne kolory skrzydeł?
-Jak to jest, że macie inne skrzydła? Pati ma białe a ty… czarne.
-Widzisz – zaczął Daimon – Ja mam innego ojca… Pati jest ode mnie starsza o dwa lata… Nasza matka była Anielicą, ojciec Pati też, a mój… wolę o nim nie wspominać. Niewiadomo ile dzięki niemu mam jeszcze rodzeństwa…
-Jego ojciec był Demonem – przerwała Patrycja – Zaciągnął go do Podziemi gdy Daimon był jeszcze dzieckiem. Sama wiem to jedynie z opowieści. Matka nie miała szans mu się przeciwstawić a Gabriel nie mógł nic zrobić arystokratycznemu panu Głębi.
-Gabriel? Ten Archanioł?
-Tak, Gabryś jest ojcem Patrycji – poinformował Daimon.
-A ja myślałam, że to tylko opowieści… głupia religia, którą ludzie wymyślili z nudów…
-Tak… wbrew pozorom ludzie wiedzą o nas troszkę zbyt dużo jak na mój gust – Daimon uśmiechnął się.
Nie wiadomo kiedy do Charlotte powrócił dobry humor. Teraz żartowała i śmiała się razem z Aniołami.

* * * * *



Burza minęła i dziewczyna powinna wrócić do domu. Nie chciało jej się. Na dobre zaprzyjaźniła się z Aniołami, poznała wiele niebiańskich opowieści i tajemnic.
-No Charl teraz już możesz wracać do Yakuziego. Wiedz, że nie oddaje cię chętnie ale niestety muszę – zachichotał.
Wyszli przed samolot i oddalając się w poszukiwaniu wolnej przestrzeni do rozpostarcia skrzydeł machali na pożegnanie do Patrycji.
Weszli do starego budynku kiedyś pewnie domku jednorodzinnego i wdrapali się na dach. Daimon wziął dziewczynę na ręce i poszybował ku niebu. Gdy byli wystarczając wysoko skręcił trochę w lewo.
-Tam jest dom Yakuziego – wskazał palcem.
Lecieli tam jakieś pół godziny. Z góry wydawało się blisko ale w rzeczywistości było inaczej.
Po drodze prawie w ogóle nie rozmawiali.
Charlotte zaczęła przysypiać. W tym świecie wyjątkowo szybko się męczyła i chciało jej się spać.
Wtuliła się w ciepłą kurtkę Anioła i zamknęła oczy. Usłyszała bicie serca. Przypomniała sobie, że krew Aniołów płynie o wiele szybciej i jest cieplejsza. Serce pracuje szybciej i dlatego bije tak głośno.
Zanim się spostrzegła była już na miejscu.
Daimon zamiast tradycyjnie wejść przez drzwi wleciał do jej pokoju przez okno. Widząc, że dziewczyna śpi położył ją na niepościelonym łóżku i szykował się do odlotu.
Ale ona zaczęła się przebudzać.
-Poczekaj… - wyszeptała. Usiadła i zmusiła się do otwarcia oczu – Chodź…
Usiadł obok niej. Przez chwilę nic nie mówili. Niezauważalnie przysuwali się do siebie. Charlotte przytuliła Anioła i wychlipała przez łzy:
-Gdybym chciała cię jeszcze zobaczyć co mam zrobić?
-Dla ciebie będzie lepiej jeśli już się nie spotkamy, uwierz mi Charl…
-Ale czemu?
-Nie myśl już o mnie dziewczyno. Uniknęłaś niebezpieczeństwa, uciekłaś przed Asmem i tyle. Good-bye mała.
Wstał, odwrócił się, wspiął na parapet i odleciał. Charlotte podbiegła do okna i długo jeszcze wpatrywała się w mały czarny punkt coraz bardziej oddalający się od niej.
Chwiejnym krokiem wyszła z pokoju i zmierzała w stronę sali treningowej.
Mały Myuki podbiegł w jej stronę, otarł się o jej nogę po czym poszedł zawiadomić Yakuziego.
Japończyk przybiegł do dziewczyny z prędkością światła wypytując o wszystko, mówiąc jak bardzo się martwił i że już nigdy nie wypuści jej samej. Charlotte krótko streściła swoje przygody.
-Gdy wyszłam złapały mnie Anioły Asmodeusza, zabrały mi miecz a potem gdzieś uwięziły. Ten Asmodeusz… Ech nie chcę o tym wspominać. Ale uratował mnie Upadły Anioł - Daimon. Potem podczas burzy mieszkałam u niego z jego siostrą Patrycją i…
-Zadawałaś się z tymi demonami?! Charl! Myślałem, że można ci ufać, że nie jesteś takim nieodpowiedzialnym dzieckiem! – Yakuzi się wściekł.
Charlotte nie chciała tego słuchać. Ten bachor nie rozumie co ona przeszła! Nie może rozumieć…
Energicznie odwróciła się na piecie i wróciła do pokoju. Oparła się o ścianę i osunęła na ziemię. Płakała…

Na początku tego nie napisałam ale notka jest dla Pinky i dla Perzynki (wykorzystana tutaj w roli Patrycji).
Przepraszam, że taka krótka…


komentarze [18]

•Rozdział piąty: Anioły•
piątek, 4 maja 2007
19:41:43
komentarze [15]

Zwykły dzień w Upadłym Mieście. Wszędzie ciemno i zimno. Charlotte czuła się jednak szczęśliwa. Pierwszy raz od ponad dwóch miesięcy miała normalny, miły sen. Nie widziała w nim czarnych piór ani krwi.
Widziała tylko kwiecistą łąkę, słońce i siebie...
Gdy Yakuzi budził ją swoim dość piskliwym głosem kopnęła go czego potem bardzo żałowała. Japończyk nie pozostał w końcu dłużny...
Początkowo była bardzo zadowolona z tego, że nie śnią jej się koszmary ale później zdała sobie sprawę, że nic dobrego to nie wróży.
Jeśli ktoś chciał jej poprzez te sny coś przekazać i jeśli te sny były tak... straszne może tej osobie stało się coś złego?
"Kamille..."
Dziewczyna nie wiedziała co robić. Yakuziego nie zapyta, bo by ją wyśmiał. Może powinna czekać?
Gdy przyszła na salę treningową Yakuzi zachowywał się jak zawsze.
"Pewnie juz zapomniał" - zaśmiała się w myślach.
-O Charl! Zaczynamy trening!
Dziewczyna już w dość krótkim czasie potrafiła pokonać Yakuziego. Jednak jeśli on się starał było trudniej. Zwykle trochę jej pomagał, przerywał trening i tłumaczył.
Razem byli prawie nie do pokonania ale osobno...
Charlotte nie chciała myśleć o tym co by było gdyby Japończyk w jakiś dziwny sposób nagle "zginął".
-Wiesz Charl… jeśli chcesz możesz już wychodzić na zewnątrz beze mnie. Z reszta zawsze mogłaś – uśmiechnął się – Może nawet teraz, co?
Szczęśliwa dziewczyna szybko poleciała do swojego pokoju, ubrała się cieplej i wróciła na salę. Yakuzi dał jej kilka wskazówek:
-Pamiętaj nie wychodź poza naszą dzielnice. Dalej jest niebezpiecznie nawet dla mnie…
Unikaj ludzi i nie rozmawiaj z nimi. Jeśli ktoś pierwszy do ciebie zagadnie po prostu odejdź.
Nie próbuj szukać Kamille ani Mroku – nie chce żeby ci się coś stało.
Ona za każdym razem potakiwała, myślami była jednak gdzieindziej…
Szybkim ruchem otworzyła drzwi i machając do Japończyka biegła wzdłuż muru.
"Gdzie ona się tak spieszy? " myślał chłopak. Charlotte sama tego nie wiedziała.
Biegła rozradowana długą, wąską uliczką. W podświadomości cały czas miała widok siebie atakowanej przez Fantomy. Zacisnęła pięść na rękojeści miecza. Wzięła ze sobą też pistolet laserowy "tak na wszelki wypadek". Nie wierzyła jednak, że coś może jej się stać.
Zwolniła kroku i rozglądała się po ruinach. Piękne niegdyś budowle stały teraz kompletnie zniszczone i zapomniane. W niektórych było widać jeszcze ślady minionego życia – stare zasłony, potłuczone doniczki i zgniłe kwiaty, roślinki.
Po jednej ze ścian śmignął cień. Charlotte przeszedł po plecach dreszcz.
Nagle poczuła na nodze miłe futerko. Myuki.
"Czy to Yakuzi kazał mu mnie śledzić?"
Nie zdążyła tego do końca rozważyć bo zauważyła kolejną ciekawą rzecz. Zaledwie parę kroków od niej widniał znak metra. Dziewczyna zeszła ostrożnie pod ziemię po zniszczonych, kruszących się schodach. Potykając się i przytrzymując ściany dotarła na stację. Było ciemno i mokro. W niektórych miejscach sufit był całkiem zawalony.
Podczas gdy Charlotte oglądała ruiny coś się poruszyło i zatrzepotało. Dziewczyna dopiero po chwili usłyszała dziwne dźwięki.
Nagle zza rogu wybiegły dwie postacie. Charlotte i tak się wystarczająco bała a teraz dostrzegła, że z ich pleców wyrastały czarne i ciemnoszare opierzone skrzydła.
Dziewczyna odwróciła się i biegła w stronę schodów. Nagle tuż przed nią pojawił się kolejny Anioł lecz nie miał jednego skrzydła.
Charlotte wyjęła miecz i zaczęła nim walczyć najlepiej jak umiała. Jednak co ona sama mogła zdziałać wobec trzech Aniołów?
Ten bez skrzydła jak zdążyła się zorientować miał na imię Sarel. Jednym sprawnym ruchem wytracił jej miecz z ręki. Złapał ją za nadgarstki i powalił na ziemię.
Dziewczyna szarpała się, gryzła i drapała ale nie mogła się uwolnić od silnego uścisku Anioła.
Nagle poczuła ukłucie w skroni, świat zawirował i pozostała tylko ciemność. Charlotte jeszcze przez chwilę była przytomna, nie mogła jednak otworzyć oczu.
Czuła jak Anioł podnosi ją i wzbija się do lotu…

* * * * *



Obudziła się w niewielkiej, zapleśniałej celi, która wyglądała jak wszystkie te ruiny ale odróżniały ją od nich kraty w oknach.
Charlotte miała ręce przykute kajdanami do ściany tuż nad swoja głową.
Nie doszła jeszcze do końca do siebie gdy do celi wszedł wysoki, piękny Anioł o ogromnych, czarnych, nakrapianych skrzydłach.
Za nim jak cień wślizgnął się ktoś jeszcze lecz Charlotte nie udało się dostrzec jego twarzy.
W celi panował półmrok, który nieco rozświetliła niewielka świeczka.
Anioł usiadł tuż przed dziewczyną wpatrując się w nią.
-Jestem Asmodeusz, dowódca wojsk Głębi i przyjaciel Lucyfera – wyszczerzył białe zęby w zalotnym uśmiechu.
"Lucyfera? To chyba kolejny zły sen…"
Myliła się jednak. Nie był to żaden sen, żaden koszmar…
Było zimno. Bardzo zimno. Anioł chociaż ubrany lżej od niej widocznie tego nie odczuwał. Nadal wpatrywał się w nią myśląc o czymś.
Dziewczyna zastanawiała się dlaczego tak się stało. Może to Yakuzi ja wydał?
Ale po co? Po co ją szkolił?
Odrzuciła ten pomysł.
"Nieszczęśliwy zbieg wydarzeń"
A może Anioły na nią czekały? A może metro było ich siedzibą a ona bezprawnie do niej wtargnęła?
-O czym tak myślisz? – zapytał.
Dziewczyna całkiem nie spodziewała się takiego pytania.
-Ja… Eee… O niczym – odpowiedziała bez namysłu.
-Widzę, że coś cię dręczy. Powiedz – nalegał.
"A jak myślisz porwałeś mnie i co?! Jak ja mam się czuć?!"
-Czemu mnie porwałeś?
-Ooo to nie ja… Ale porwali cię dla mnie. Tak…
Charlotte zaczynała się bać. Jeszcze parę miesięcy temu nie sądziła, że jest jakiś drugi świat. Potem okazało się, że ludzie w nim szaleją i próbują się zabijać ale nie mogą, bo tutaj wszyscy są nieśmiertelni. Kamille gdzieś zginęła o ona została sama z jakimś Japończykiem i zamiast szukać przyjaciółki trenowała…
Anioł zbliżył się do niej i pogładził dłonią jej policzek. Ona wzdrygnęła się, spuściła wzrok i odsunęła.
-Piękna jesteś… - wyszeptał.
Dziewczyna dobrze wiedziała co Anioł zamierza. Próbowała wyszarpnąć ręce z kajdan ale na nic się to zdało.
-Czemu mnie tu przykułeś?! Skoro jesteś taki miły to może zdejmiesz mi te kajdany?!
-Och wybacz, już zdejmuje.
Charlotte tak zdziwiła ta odpowiedź, ze przez chwilę milczała. Asmodeusz posłusznie zdjął jej kajdany i uśmiechnął się. Dziewczyna próbowała wstać jednak coś ją ograniczało.
-Wybacz to dla bezpieczeństwa… - powiedział gdzieś w przestrzeń.
-Przecież i tak nie ucieknę! No bo jak?!
Anioł zamyślił się. Popatrzył jej prosto w oczy.
Dziewczyna odwróciła wzrok. Leżała teraz bezwładnie na ziemi nie mogąc poruszyć nawet ręką.
Asmodeusz pocałował ją w policzek i zawołał do postaci kryjącej się do tej pory w rogu celi:
-Daimon! Zaopiekuj się nią, wracam za jakąś godzinkę.
-Tak, panie… - odpowiedział.
W stronę dziewczyny szedł teraz postawny Anioł o idealnie czarnych skrzydłach. Miał czarne, proste włosy sięgające trochę za ramiona. Ubrany był w ciemne spodnie i kurtkę. Patrzył na nią pięknymi, brązowymi oczami. Wyglądał na jej rówieśnika.
"O nie, kolejny!" pomyślała z przerażeniem Charlotte.
Daimon ukląkł przed nią na jednym kolanie i zaczął zataczać kręgi dłonią nad jej głową. Dziewczyna zauważył słabe promienie błękitnej energii. Nagle odzyskała władzę w kończynach i zrobiło jej się jeszcze zimniej.
-Już lepiej, prawda? – uśmiechnął się. Nie był to jednak uśmiech zakłamany taki jak u Asmodeusza. Ten był szczery – Wybacz za niego… Przepracowany jest i trochę mu odbija.
-Czemu mnie uwolniłeś? – zapytała.
-Jeszcze cię nie uwolniłem. Ale zaraz mam zamiar to zrobić. Uwolnię siebie i przy okazji ciebie.
-Też jesteś więźniem?
-Nie, sługą z przymusu.
Charlotte nie wiedziała czy mu wierzyć czy nie. Może Anioł tylko udawał? Teraz powinna być ostrożniejsza.
-Chcesz uciec? – zapytała.
-Mhm – przytaknął – Chciałem to zrobić zanim przyjdzie Asmodeusz, żeby oszczędzić ci… sama wiesz czego. Ale on może wejść tu nawet teraz.
-Ale mówił, że będzie za godzinę.
-Brak mu poczucia czasu – westchnął Daimon – Mimo to spróbujemy.
Pomógł wstać dziewczynie. Ona niepewnie złapała się ściany i patrzyła na niego wyczekująco.
-Dasz radę iść?
-Może…
Zrobiła kilka chwiejnych kroków i upadła na ziemię.
- Jednak chyba nie dasz… - pozwolił by się na nim wsparła i przeszli kawałek – Na Jasność dziewczyno ty się trzęsiesz! Czemu wcześniej nic nie mówiłaś?! – pospiesznie zdjął kurtkę i podał Charlotte.
"Jaki miły… może nie wszystkie Anioły są takie same…"
Wyszli z celi i podążali wąskim korytarzem. Co chwilę mijali strażników jednak ci nie zatrzymywali ich. Daimon prowadził dziewczynę kolejnymi korytarzami, poprzez sale i po schodach.
-Czemu się nas nie czepiali?
-Powiedzmy, że mam tutaj dosyć wysoką pozycję…
-Mówiłeś, ze jesteś sługą!
-Hmmm… nie do końca.
"A jednak mnie okłamywał!"
Gdy byli już na dachu usłyszeli krzyki i syreny. Strażnicy zorientowali się, że to uciekinierzy. Daimon pociągnął Charlotte ku krawędzi.
-Słuchaj, mam nadzieje, że nie masz lęku wysokości.
-Nie mam.
-Całe szczęście – odsapnął.
Nic nie mówiąc porwał ją na ręce. Dziewczyna objęła go za szyję i zamknęła oczy. Usłyszała trzepot skrzydeł. Ale nie jednej pary skrzydeł. Ścigali ich…
Jak na złość padał deszcz. Daimon zataczał w powietrzu krzywe spirale rzucany silnymi prądami wiatru.
Leciał nisko między ruinami dzięki czemu zgubił pościg.
-Nie patrz tak na mnie i tak nas znajdą – zażartował.
Już z daleka Charlotte zauważyła dobrze znany kształt – wrak samolotu.
Daimon lekko wylądował.
-Mieszkasz tu? – zapytała Charlotte. Anioł przytaknął.
-Gdy deszcze ustaną zaniosę cię do Yakuziego.
-Skąd wiesz o… Yakuzim?
-Hmmm… sporo zaszkodził Upadłym Aniołom – powiedział beznamiętnie.
Samolot był doskonale zreperowany – nie znalazło się w nim ani kropli deszczu. Mimo to Daimon był kompletnie przemoczony. Deszcz cały czas padał i zanosiło się na poważną burzę. Charlotte ucierpiała trochę mniej. Anioł osłaniał ją całym sobą od deszczu i wiatrów.
-Proszę usiądź tutaj – pokazał jej zieloną kanapę – tu masz koc owiń się będzie ci cieplej. Wybacz nie mam ogrzewania, bo w żyłach Aniołów płynie dużo cieplejsza krew niż w ludzkich – uśmiechnął się. Charlotte odpowiedziała tym samym.
Anioł podszedł do czegoś w rodzaju czajnika wlał do niego wodę i przyłożył dłoń. Po chwili woda zaczęła wrzeć a nad czajnikiem unosiła się para.
Zalał herbatę i podał kubek dziewczynie.
Mimo, że Daimon był niesłychanie miły i troskliwy Charlotte nie była wobec niego zbyt ufna. Jej pierwsze spotkanie z Aniołami nie należało do przyjemnych i bała się by inne nie były takie same.
-Zwykła herbata? – zapytała.
-Tak, nie martw się. Wiem, że Asmodeusz zniechęcił cię do naszej rasy ale mi możesz wierzyć. Mam problem podobny do twojego…
-Co o mnie jeszcze wiesz? – dziewczyna nie mogła uwierzyć, że Anioł zna tyle faktów z jej życia.
-Widzisz nie przypadkiem ciebie porwały Anioły. Nasz dowódca od dawna cię śledził. Spodobałaś mu się. Początkowo chciał jednak porwać twoja przyjaciółkę bo sądził, że nie będzie robiła tyle problemów co ty… I miał rację.
-Ale ja porwał Mrok… - zasmuciła się.
-Wybacz, nie chciałem – podszedł do niej.
-Nic się nie stało. To nie twoja wina… i dziękuję. Uratowałeś mnie.
-Nie mogłem pozwolić żeby takiej dziewczynie coś się stało...
-Takiej? – Charlotte chciała się dowiedzieć co myśli o mniej Anioł.
-Utalentowanej… Pięknej… - wyszeptał nieśmiało.
Charlotte speszyła się. Czuła jak zalewa ją rumieniec. Usłyszeć takie słowa i to od Anioła! Coś cudownego…
-Ściemnia się – Daimon zmienił temat.
-Mhm…
-Możesz spać tutaj. Ja będę w kabinie pilota. Mam tam fajny hamak.
-Nie! Przecież nie mogę cię pozbawiać wygodnego posłania… Ty tu mieszkasz...
-Chcesz spać ze mną? – zażartował i oboje wybuchneli głośnym śmiechem.

* * * * *



Charlotte nie mogła zasnąć. Cały czas myślała o Yakuzim, o Myukim. Zastanawiała się gdzie jest teraz jej miecz. A jeśli Yakuzi jej szuka?
Poza tym co mógł takiego zrobić Japończyk Upadłym Aniołom?
Kolejne pytania zawitały w głowie młodej dziewczyny.
Nagle zrozumiała sens swoich snów. A przynajmniej po części. Anioł z jej koszmarów to właśnie Daimon a te pióra… Może mu się coś stać!

komentarze [15]

•Rozdział czwarty: Dwa Sny•
wtorek, 24 kwietnia 2007
19:01:35
komentarze [11]

Siedziała na skraju łóżka, a raczej tego co z niego zostało. W pomieszczeniu panowałby całkowity mrok gdyby nie jedna psująca się, migająca żarówka.
Z każdą chwilą w pokoju przybywało rzeczy - popsutych, starych i nikomu nie potrzebnych. Dziewczyna patrzyła na to wszystko z lekkim strachem. Część z nich była bowiem jej zabawkami z dzieciństwa, część przedmiotami codziennego użytku a jeszcze inne czymś obcym, nieznanym.
Nagle, nie wiadomo skąd pojawiły się drzwi. Żarówka przestała świecić.
Za ścianą słychać było szepty, potem ciche szuranie.
"Ktoś idzie..."
Kroki nieustannie zbliżały się.
"Kto?"
Obcas rytmicznie uderzał o posadzkę.
"Mama?"
Drzwi uchyliły się. Pomieszczenie zalała złocista fala światła.
"Zabierz mnie stąd!"
Przenikliwy błysk, świst powietrza. Wysoka postać w płaszczu zaśmiała się, schowała srebrzysty pistolet, odwróciła się na pięcie i wyszła.
"Nie żyję?"
Charlotte zobaczyła obok siebie krew. Obejrzała swoje ciało i nie widząc obrażeń poszła po śladach. Co parę centymetrów na ziemi rozpływały się kropelki jaskrawo czerwonego płynu.
Na parapecie okna, które pojawiło się tu niewiadomo skąd leżało kilka zakrwawionych czarnych piór.
Dziewczyna wychyliła się i...



* * * * *



Charlotte leżała na ziemi trzęsąc się z zimna i płacząc. Powoli otworzyła oczy i próbowała zidentyfikować pomieszczenie, w którym właśnie się znajduje.
Dopiero czarny kłębuszek imieniem Myuki przywrócił jej trzeźwość myślenia.
Otarła łzy i podeszła do okna. Szybko odwróciła wzrok i skuliła się w kącie sypialni.
Po chwili spostrzegła, że trzyma w ręce nadzwyczajnie duże i czarne pióro. Z jej dłoni spływała krew. Charl nie była pewna czy jest to jej krew.
Zamknęła oczy. Chciała zapomnieć.
Udało jej się lecz nie do końca. Szczegóły koszmarnego snu ulotniły się podobnie jak ich materialne odpowiedniki w Warszawie Pod.
Charlotte opierając się o ścianę podeszła do drzwi, które w tym samym momencie uchyliły się.
Ona odskoczyła i schowała się za szafką.
"Za dużo przeżyć jak na jeden poranek..."
Za drzwiami nie stał nikt. Dziewczyna nieśmiało podreptała i wyjrzała zza futryny. Wyglądała teraz jak spłoszona sarna. Nie było widać śladu po twardej, nie okazującej uczuć Charlotte.
Sny bardzo wpływają na człowieka, a gdy są złe niszczą całą duszę...
Nieco pewniej wyszła z pokoju i cicho zawołała:
-Yakuzi? Jesteś tutaj? - a potem już bardziej stanowczo - Nie żartuj sobie ze mnie! Jeśli to część szkolenia to naprawdę ono mi się nie podoba!
W pokoju na końcu korytarza uchyliły się drzwi. Najpierw wyślizgnęła się tamtędy mała czarna główka a potem Charlotte ujrzała zaspane oblicze Yakuziego.
-Czego?! - krzyknął poirytowany - To ja cię mam budzić nie ty mnie!
-Sorry...
Spuściła wzrok i wróciła do pokoju. W tym samym momencie uświadomiła sobie, że Myuki nie mógł znajdować się w sypialni Yakuziego bo chwilę wcześniej był u niej.
"Całkiem jak Yakuzi... Teleportują się?"
Popatrzyła za zegarek. Była piata rano. Postanowiła się jeszcze położyć i odpocząć.
Chwilę później, przynajmniej jej się tak zdawało do pokoju wparował Yakuzi ogłaszając nowy dzień, który jak zorientowała się dziewczyna zaczął się ładne siedem godzin temu.
Wzięła prysznic, ubrała jeansy i T-shirt, wzięła miecz i poszła na salę treningową.
Jedząc po drodze wczorajsze winogrona starała się nie myśleć o niczym. Nie do końca jej się to udało ale uwolniła się od strachu.
Trening nie był nadzwyczajny. Nauczyła się co prawda nowych rzeczy ale żadna z nich nie zaskoczyła jej.
Minęło kolejne nudne przedpołudnie. Dziewczyna zastanawiała się ile czasu jest już w Warszawie Pod.
"To już cztery miesiące"
-Za dwa miesiące mam 18 urodziny - powiedziała z dumą i jednoczesnym smutkiem.
-Wyprawić ci imprezę? - zapytał chłopak z przekąsem.
Dziewczyna zachichotała. Zanurzyła się w marzeniach myśląc co by było w tamtym świecie. Pewnie huczne przyjęcie, dużo znajomych... a może nie.
Musiałaby też opuścić dom dziecka. Byłaby już dorosła.
Yakuzi dostrzegł jej smutek i chciał odciągnąć od tych myśli. Zaproponował spacer.
-Spacer? Po ruinach? - zaśmiała się jak szalona - O.K.

* * * * *



Było wyjątkowo jasno jak na ten świat. Prawie nie było widać śladu po Mroku. Zaciekawiona tym spostrzeżeniem Charlotte zapytała Japończyka o dawno juz dręczące ją pytanie:
-Czym jest naprawdę Mrok?
Chłopak odpowiedział po chwili namysłu.
-W wersji przystępnej dla ciebie będzie do brzmiało tak: Mrok jest dziwnym zjawiskiem...
-Niewątpliwie.
-...które swoją istotą pochłania ludzi, to znaczy "porywa" ich i przenosi do innego wymiaru lub miejsca, do którego niełatwo dotrzeć samemu.
-Czyli jeśli damy się porwać Mrokowi to dotrzemy do Kamille? - zapytała Charlotte z entuzjazmem.
-To nie jest takie proste... Mrok porywając cię czyści pamięć i wymazuje wszystkie wspomnienia...
-To znaczy, że Kamille jest... że ona... - krzyczała ze łzami w oczach. Chodziło w końcu o jej przyjaciółkę.
-Wszystko da się przywrócić przechodząc przez - chwilę milczał - odpowiedni portal.
Szli teraz wąską uliczką otoczoną z jednej strony wysokim murem a z drugiej ścianą bardzo starej, zniszczonej kamienicy. Gdyby cos się nagle wydarzyło nie mieliby gdzie uciekać. Po plecach Charlotte przeszedł dreszcz.
Usłyszeli szmer. I kolejny.
Przed oczami dziewczyny pojawiła się od razu postać Eveline. Zastanawiała się co się teraz dzieje z tą dziwną kobietą. Pomyślała, że może porwał ją Mrok, może zapomniała.
Szmer.
-Yakuzi...
-Tak?
-Jesteśmy tu bezpieczni?
-Nie.
-Dzięki za pocieszenie.
-Nie ma za co - zachichotał. Dziewczyna zmierzyła go morderczym spojrzeniem - Póki masz swój miecz nic ci nie grozi – dodał.
Szli dalej. Uliczka nieco się rozszerzyła. Ściemniło się.
Szmer.
"Ktoś idzie..."
Kroki zbliżały się. Dziewczyna widziała biegnącą ku nim postać, która po chwili zniknęła za grubą zasłona mroku. Ktoś delikatnie musnął ramię Charlotte. Ona pisnęła i dobyła miecza. Zamachnęła się, była prawie pewna, że trafi przeciwnika. Miecz przeciął ze świstem powietrze wbijając się w ścianę.
Nikogo nie było w pobliżu.
-Charlotte...
-Nie mów tylko, że go nie widziałeś!
-W tym rzecz, że widziałem...
Chwilę milczeli, po czym szybkim krokiem zawrócili do domu.
-Gdzie jesteś? - Charlotte usłyszała szept. Cichy, aksamitny głos długo odbijał się w jej głowie echem.
Przyspieszyli kroku, po czym nic nie mówiąc zaczęli biec. Do "domu" nie było specjalnie daleko dlatego dotarli tam po paru minutach.
Charlotte wpadła do swojego pokoju i upadła na łóżko. Chwilę ciężko dyszała jednak z każdą chwilą jej oddech uspokajał się i docierało do niej co tak naprawdę się wydarzyło.
Ktoś ich śledził - to było pewne. Tylko kto? Eveline? Dziewczyna nie wiedziała tak naprawdę co się wydarzyło z kobietą po tym jak ją postrzeliła a Yakuzi nie chciał o tym mówić. Postanowiła to przemilczeć i poczekać na rozwój wydarzeń.
Drzwi uchyliły się delikatnie i to pokoju przydreptał Myuki. Wskoczył na poduszkę i zasnął słodko obok głowy dziewczyny. Ona wtuliła się w jego ciepłe futerko i zasnęła…

* * * * *



Charlotte stała na dachu wysokiego wieżowca. W kompletnie zrujnowanej Warszawie nie było już takich, więc musiała być daleko od domu.
Po niebie płynęły czerwone chmury. Idealnie czarne kruki latały tuż nad jej głową krzycząc przeraźliwie.
Gdzieś w dole rozległy się strzały. Potem kolejne.
Dziewczyna przyległa do ziemi nerwowo patrząc na sceny odgrywające się pod jej stopami. Nagle jakaś matka z dzieckiem wybiegła z walącego się budynku i padła postrzelona. Dziecko płakało. Niedługo. Chwilę później dosięgną je granat.
Po policzku Charlotte spłynęła gorzka łza.
"Jak można tak niszczyć?! "
Spośród pyłu unoszącego się z powierzchni ulic wypłynęła wielka półprzezroczysta istota.
"Fantom…"
Wielkością dorównywała sporemu samolotowi, kształtem przypominała smoka bez skrzydeł. Unosiła się powoli w stronę dziewczyny. Charlotte wiedział czym grozi kontakt z Fantomem… Śmiercią…
Potwór zbliżał się. Wydawałoby się, że zaraz dosięgnie dziewczyny ale w ostatniej chwili uniósł się nad nią. Jedyne co po sobie pozostawił to kilka czarnych piór…


* * * * *



-Dzisiaj do jedzenia będzie kurczak – powiedział triumfalnie Yakuzi.
-Kurczak… macie tu kurczaki? – Charlotte już czuła smak pieczeni.
-A czemu mielibyśmy nie mieć? – zachichotał.
Dziewczyna cieszyła się z jakiegoś "powrotu do rzeczywistości". Dręczyły ją jednak te sny. Nie pamiętała ich ale wiedziała, że są złe i że… chcą jej coś przekazać.
Tylko co? A raczej kto chce jej coś przekazać?

* * * * *



Kurczak smakował… okropnie. Ale zawsze był kurczakiem. Mięsem przynajmniej.
Trening był jak kurczak – okropny. Charlotte zarobiła kilkanaście nowych ran i siniaków.
Myuki gdzieś uciekł. Nie miał kto Charlotte pocieszać. Była smutna. Zwyczajnie smutna.
Yakuzi poruszył temat Kwiatu Rubinu.
-Musimy go jak najszybciej znaleźć. Na razie nie odczuwasz żadnych zmian ale to się może gwałtownie zmienić. Jak myślisz gdzie możesz coś takiego znaleźć?
-Nie wiem… Wszystko co było mi najbliższe zostało w domu dziecka…
-A rodzice?
-Nie żyją, przecież wiesz.
-Ale może coś po sobie zostawili?
Charlotte milczała. Wraz z rodzicami powróciło tyle wspomnień. Nie chciała płakać. Ostatnio i tak już za dużo łez wylała.
Rodzice…
Co może być Kwiatem?
Co?...
"Nie wiem"
Charlotte wyszła z sali i poszła w stronę pokoju. Osłabiona po treningu podpierała się o ściany zostawiając na nich plamki świeżej krwi. Powoli zaczynała się przyzwyczajać do tego świata.
"Co będzie gdy wrócę?"
Szła dalej chociaż nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Chwilę później potknęła się o coś małego i pluszowego.
Tysiące wizji-wspomnień przeleciały przez jej świadomość w ciągu ułamków sekundy. To o co się potknęła było naprawdę laleczką, którą uszyła jej mama gdy dziewczyna miała cztery latka.
Yakuzi usłyszał krzyk i przybiegł na miejsce. Nie wyglądał na zdenerwowanego. Wręcz przeciwnie był nadzwyczajnie radosny.
-Znalazłaś Kwiat! Znalazłaś go! – podskakiwał.
-Ale… to nie ja…
Na te słowa korytarzem przebiegł Myuki, podszedł do dziewczyny i polizał ja po twarzy.
-Ty ją znalazłeś? – zapytał Yakuzi.
Kot pokiwał główką i wtulił się w ciepłą bluzę Charlotte. Dziewczyna nie mogła uwierzyć jak mądry jest ten zwierzak. Może to zasługa Japończyka a może… Drugiego Świata.
Podniosła się z ziemi i dotknęła klamki swojego pokoju. Chwilę trzymała na niej rękę i wpatrywała się w drzwi. Myślami była gdzieś daleko…
Odwróciła się i zapytała Yakuziego:
-Mamy już Kwiat… Co teraz? Jaki będzie kolejny etap szkolenia? W ogóle po co mi to szkolenie?
-Na wszystko znajdzie się odpowiedź ale nie teraz. Musisz być cierpliwa…
-Będę…

komentarze [11]

•Rozdział trzeci: Kwiat Rubinu•
czwartek, 5 kwietnia 2007
10:43:16
komentarze [19]

Stała na środku wielkiej sali. Dookoła stały krzesła - stare, połamane i zniszczone. Niewidzialne dusze zawodziły w ciemnościach... Chciała płakać... Ale nie, mimo strachu nie ruszyła się. Patrzyła w oczy śmierci, tańczyła z własnym lękiem. Coś zgubiła. Potknęła się. Upadła za brudną ziemię niszcząc swą czarną suknię. Potem uciekła. Pobiegła w stronę największego mroku. Podążała długim korytarzem... Nie, to nie był korytarz... To chyba były drzewa.
Przypomniała sobie... kasztanowce...
Widziała motyle i światło, piękne kwiaty i zwierzęta. I w jednej chwili wszystko zniknęło. Stała sama na środku opuszczonego cmentarza...
Usłyszała ciche jęki... zobaczyła czarne pióra porozrzucane gdzie popadnie...
Idąc po śladach dotarła to załamującego się grobu, na którym leżał... Anioł...
Jego dłonie zwisały bezwładnie, skrzydła zdawały się niszczeć z każdą chwilą. Wystrzępione, czarne włosy zakrywały jego twarz.
Nie mówił nic. Mogłoby się wydawać, że nie żyje...
Podeszła do niego chcąc dotknąć pięknych piór. W tej samej chwili Anioł poderwał się i spojrzał jej prosto w oczy...


*****



Charlotte obudziła się i gwałtownie potrząsnęła głową. Pierwszym uczuciem był okropny ból brzucha. Potem doszło delikatne złudzenie porannego słońca, kuszące zapachy jedzenia i... milutkie futerko wtulające się w jedną z rąk dziewczyny.
Był to mały, czarny kot patrzący na nią swoimi zielonymi, skośnymi oczkami. Charlotte przytuliła zwierzaka i kichnęła.
-Mam chyba alergię na koty... - uśmiechnęła się.
Kotek odpowiedział cichym mruczeniem. Szybko odwrócił główkę w drugą stronę i nastawił uszu.
Drzwi do pokoju otworzyły się. Stał w nich jak zwykle Yakuzi. Podszedł do dziewczyny usiadł na łóżku i pogłaskał kota.
-Nazywa się Myuki. Fajny z niego kociak.
Zamyślona Charlotte patrzyła na widok za oknem. Drzewa lekko kołysały się na wietrze, piękne domy stały niewzruszone.
-Naprawdę sam wymyślasz to wszystko? Te szczegóły?
-Mhm... - przytaknął chłopiec - Wbrew pozorom jest tu dosyć nudno, więc staram się życie urozmaicać...
-A Myuki? Też go stworzyłeś?
-Nie, przygarnąłem go... A raczej on mnie...
Dziewczyna patrzyła na Yakuziego z miną osoby, która czegoś kompletnie nie rozumie. On nie mówił nic tylko głaskał kota.
Charlotte znowu poczuła przeszywający ból brzucha. Nie ukrywając go krzyknęła tak, że dotąd spokojny Myuki podskoczył nerwowo.
-Nie drzyj się tak! - zaśmiał się Yakuzi - Przejdzie ci!
-Skąd wiesz?! Jesteś lekarzem?!
-Nie... To Eveline postrzeliła cię. Jak już od dawna wiesz: tu nie można umrzeć. Odczuwasz jedynie ból, którego w normalnym świecie chciałaby ci oszczędzić śmierć...
-Nie rozumiem...
-Nie musisz.
Na tym rozmowa się skończyła. Chłopak wyszedł z pokoju zostawiając rozkojarzoną Charlotte z kotem. Ona znowu patrzyła przez okno. Miliony myśli kłębiły się w jej głowie, niezrozumiałe sytuacje nie chciały znaleźć wytłumaczenia.
-Może ty mi powiesz? - patrzyła na czarny kłębek u jej stóp.
Myuki tylko kichnął w odpowiedzi i zabrał się za czyszczenie futerka.

*****



Po wyczerpującym treningu Charlotte postanowiła chwilę odpocząć. Usiadła pod ścianą i zamknęła oczy.
Śniła o dzieciństwie, rodzicach i wojnie. Wszystkie wspomnienia zdawały się porządkować podczas gdy ona, zatopiona w swych marzeniach oddychała cichutko...
Poczuła dziwne ciepło na ramieniu , jakby ktoś oblał ją lekko podgrzaną wodą. Potem doszło szczypanie. Powoli otworzyła oczy i spostrzegła krew. Po jej ręce spływała strużka czerwonego płynu. Widać było, że rana była cięta mieczem.
-Yakuzi do cholery!
Chłopak jak na zawołanie pojawił się obok niej. Rzecz w tym, że on nie przyszedł lecz się... zmaterializował. W ręce trzymał wiadro wody, którym oblał poważnie wkurzoną dziewczynę.
Ona szybko podniosła z ziemi katanę i zaczęła nią bezmyślnie wymachiwać. Chłopak kilkoma celnymi ciosami powalił ja na ziemię i uspokoił.
-To będzie kolejny etap szkolenia. Teraz oprócz treningów będziesz ćwiczyła spokój i siłę umysłu.
-Spróbuję... - odparła spokojna już Charlotte.
-Masz dobre podstawy ale nie panujesz nad sobą do końca.
-Ciężko nad sobą panować kiedy taki mały Japończyk najpierw nie chce mi niczego wytłumaczyć a potem gdy śpię kaleczy mnie i wylewa wiadro zimnej wody!
-Spokojnie... Jeszcze będziesz mi dziękować - zaśmiał się.
Szkolenie nie było proste. Yakuzi tworzył wirtualnych ludzi i sprawiał, że wkoło było słychać szum. Zasłaniał Charlotte oczy chustą i kazał pokonać przeciwników.
Początkowo nie było to łatwe jednak trening dawał efekty. Dziewczyna poruszała się coraz szybciej i zwinniej, coraz dokładniej i mocniej zadawała ciosy. Potrafiła wsłuchać się w muzykę i odnaleźć najcichsze dźwięki.
Także mieczem posługiwała się coraz lepiej. I wreszcie nadszedł ten dzień... Yakuzi otworzył jedne z dziesiątek drzwi. Zatopił się w mroku, by po chwili wrócić i "zaczarować" Charlotte.
Trzymał w ręce coś przypominającego miecz. Pierwszą rzeczą na jaką dziewczyna zwróciła uwagę były jego rozmiary jak i kable wystające tu i tam.
-Co to... jest?
-To nowoczesne urządzenie stworzone do szybkiej i trudnej walki. Nie ma nazwy, nie da się go także to końca opisać. A teraz... jest twoje - chłopak jakby z żalem oddawał jej miecz.
Charlotte spodziewała się ciężkiego "kawałku żelaza". Pomyliła się jednak. Miecz był na tyle lekki, że dziewczyna mogła nim spokojnie manewrować. Był długi na ponad półtora metra i szeroki na 20 centymetrów. Miał kolor bardzo jasnego srebra. Na rękojeści wyżłobione były dziwne znaki, runy.
-Wiesz co znaczą? - zapytała zachwycona dziewczyna.
-Nie do końca. Wiem, że jest to wskazówka jak stąd uciec i jak podróżować miedzy światami. Nie potrafię jej jednak dokładnie rozczytać...
-Szkoda...
Charlotte zauważyła szczelinę biegnącą wzdłuż miecza. Była inteligentną dziewczyną i miała juz do czynienia z techniką, dlatego bez trudu odkryła, że miecz dzieli się na dwa mniejsze.
-To pomaga w walce - wyjaśnił Yakuzi - Chcesz sprawdzić?
Charlotte podstępnie się uśmiechnęła i zaatakowała. Chłopak odskoczył i krzyknął:
-Zaczekaj! Nie mam odpowiedniego miecza!
Dopiero potem dziewczyna dowiedziała się, że miecz nie jest wykonany ze zwykłego metalu. Jest ulepszany skruszonymi diamentami i innymi, nieznanymi "normalnym" ludziom metodami.
Pojedynek zakończył się co prawda wygraną Yakuziego, lecz Charlotte dopiero się uczyła. Mogła być z siebie dumna...

*****



Wszędzie panował mrok. Gdzie nie patrzeć cienie i tajemnicze zakamarki.
Yakuzi obudził Charlotte o drugiej w nocy, kazał się ciepło ubrać i wyjść na dwór. Prowadził ją tylko sobie znanymi ścieżkami, uciszając co chwilę jej pytania.
-Powiesz mi wreszcie gdzie idziemy?
Chłopak rozejrzał się, stanął przy ścianie i to samo nakazał Charl. Jeszcze chwilę nerwowo kręcił głową po czym zaczął tłumaczyć:
-Ten świat nie jest wcale taki prosty...
-Słyszałam to już...
-...To, że Eveline cie postrzeliła nie jest obojętne. Teraz byś pewnie tego uniknęła... Ale przejdźmy do rzeczy: rana, którą ci zadała nie pozostawiła śladu na ciele jednak okaleczyła duszę. Przez to możesz szybko zapomnieć o tym kim jesteś. Tych wspomnień nawet ja nie jestem w stanie ci przywrócić... Dlatego musisz znaleźć Kwiat Rubinu.
-Rubiny nie maja kwiatów...
-Nie, nie o to chodzi. To się tylko tak nazywa... Jest to jakaś rzecz, z którą byłaś bardzo związana na tamtym świecie. Cokolwiek... Musisz to przenieść tutaj...
-Jak?
-Chodź! Zobaczysz... I pamiętaj: mamy mało czasu. To dlatego dostałaś ten miecz nie kończąc szkolenia i dlatego teraz tu jesteś...
Yakuzi wybiegł zza muru ciągnąc za sobą Charlotte. W jednej chwili ten tak obcy świat nabrał barw i ciepła. Dziewczyna stała przed zakratowanym już oknem swojego pokoju w domu dziecka. Z otępieniem przyglądała się swojemu dawnemu światu.
-Czuję... czuję jakby dzieliła mnie od niego jakaś bariera...
-Możliwe, że możesz mieć problemy z zaakceptowaniem nowej rzeczywistości. Wiedz jednak, że to nie jest ten sam budynek, w którym mieszkałaś 8 lat... Ten jest w naszym świecie. Zamieszkany przez duchy i ludzi z tego świata.
Charlotte nieco się zlękła po czym zaczęła się wspinać po chropowatych ścianach domu. Gdy dotarła do okna przypomniała sobie, że nie wie jak je otworzyć. Była to właśnie jedna z jej głównych wad: najpierw robiła, potem myślała. Ogólnie była dziewczyną inteligentna i pojętną, jednak stres robił swoje.
Zeskoczyła z powrotem na ziemię i patrzyła wyczekująco na Yakuziego. Chłopak zaśmiał się i wskazał ręką na nowy miecz Charlotte.
-Nie umiesz mówić? - zapytała znużona.
-Ach... Uczyłem cię. Teraz czas wypróbować twoje umiejętności.
-Byłoby szybciej gdybyś... - nie skończyła bo Japończyk szykował się do ataku. Zawsze tak robił gdy Chralotte mówiła za dużo. Zamiast uciszyć rzucał się na nią z mieczem. Ona tłumaczyła to sobie jako nadpobudliwość lub tak zwane ADHD.
Po chwili wyjęła swój nowy nabytek i rozcięła nim kraty w oknie. Miecz upadł z trzaskiem na ziemię. Charlotte leżała tuz obok krzywiąc się z bólu. Z jej dłoni spływała krew.
-Ała... Jak to się stało?
-Tego się obawiałem... Nie panujesz nad swoja mocą...
-Mocą?
-Wytłumaczę ci później. Teraz chodź do środka - nie czekając na dziewczyne wskoczył na parapet i wsunął się do wnętrza pomieszczenia.
Obolała Charlotte ledwo go dogoniła. Próbowała zatamować krwawienie jednak jej się nie udało.
-Yakuzi pomóż mi! - krzyczała błagalnie.
-Ciii... jeszcze nas usłyszą...
-Kto?
Chłopak nie odpowiedział. Zacisnął na jej ręce jakiś pasek tak, by zatrzymał krew. Następnie kazał jej iść za sobą.
-Dawno juz nie widziałem takiej rany... masz siłę dziewczyno - zachichotał.
-To nie jest śmieszne.
Chwilę milczeli. Yakuzi jakby nasłuchiwał. Po niecałych dziesięciu minutach kazał Charlotte poszukać Kwiatu Rubinu.
Ona posłusznie przeszukała pokój. Widziała tu wiele rzeczy z którymi była bardzo związana na tamtym świecie ale teraz juz nic dla niej nie znaczyły.
Coś błysnęło. Przynajmniej Charlotte tak myślała. Po chwili w rogu pokoju lekko połyskiwało nadzwyczajnie duże, czarne pióro.
Charl podeszła do niego i gdy już miała go dotknąć ujrzała tamten wzrok, wzrok z jej snu i pióro rozpłynęło się.
-Co robisz?
-Tutaj nie ma niczego... nie ma Kwiatu...
Chłopak wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Teraz nawet Charlotte słyszała jakieś szmery.
-Nie zdążymy uciec... - na czole chłopaka pojawiły się kropelki potu.
-Może jeszcze zdążymy?
-Nie ma szans... Dogonią nas. Trzeba walczyć. Masz miecz?
Dziewczyna przytaknęła. Bała się. Widziała co ten miecz zrobił z jej ręką i nie chciała by wydarzyło się coś jeszcze gorszego.
Patrzyła na skupionego Japończyka. Nie wyglądał teraz na swój wiek - był poważny, zdenerwowany... Po chwili oczekiwania powiedział:
-Uciekaj, uciekaj przed siebie jak najdalej od tego miejsca. Gdzieś po drodze znajdziesz Myukiego. On zaprowadzi cię gdzie trzeba. Ja tu zostanę i zatrzymam ich...
-Ale, nie mogę...
-Musisz. Mi nic się nie stanie.
Dziewczyna była dziwnie niespokojna. Czuła, że to co mówi Yakuzi nie jest prawdą. Nic mu nie mówiąc postanowiła z nim zostać.

*****



Do walki nie doszło. Duchy i inne tajemnicze postacie cudem ominęły pokój, w którym znajdowali się Charlotte i Yakuzi.
Dziewczyna początkowo sądziła, że to zasługa Japończyka jednak potem zmieniła zdanie.
Gdy byli już blisko "domu" dziewczyna powiedziała:
-Gdy tam byliśmy... widziałam pióro... i ono zniknęło.
-Pewnie ci się wydawało - chłopak wydawał się smutny lecz nie dlatego, że Charl miała wizje. Chodziło raczej o nieudaną "misję".
Dziewczyna cały czas zastanawiała się dlaczego nie mogła znaleźć Kwiatu Rubinu. Tyle rzeczy tak jej bliskich już nic dla niej nie znaczyło.
Ale to pióro... Gdzieś juz je widziała. Wspomnienia jednak często nas zawodzą.
Przy wejściu przywitał ich mały, czarny kłębuszek. Mrużąc lekko oczka wskoczył na ręce Charl. Ona pogłaskała go i zauważyła, że po świeżej ranie nie ma już śladu. Gubiąc po drodze Myukiego dobiegła z krzykiem do Yakuziego.
-Jak to zrobiłeś?
-Ja?
-Wiesz jak to się stało? - krzyczała szczęśliwa.
-Masz moc. Masz talent. Jeszcze troszkę treningu i będziesz mogła spokojnie chodzić ulicami Warszawy Pod...
-Ale ja wciąż nie rozumiem...
-Nie wszystko można rozumieć. Czasem lepiej nie wiedzieć.
Dziewczyna wróciła do pokoju. Myuki został z Yakuzim. Była całkiem sama. Mogła teraz w spokoju przemyśleć wszystkie wydarzenia minionego dnia.
Ułożyła się wygodnie na łóżku i patrząc na widok za oknem zasnęła.
Bo sen jest najlepszy by zapomnieć i przypomnieć sobie przeszłość...

komentarze [19]

•Rozdział drugi: Yakuzi•
poniedziałek, 19 marca 2007
15:21:45
komentarze [20]

Na początek sprawy organizacyjne:
1. Jeśli chcecie być informowani o nowych notkach napiszcie to w księdze (najlepiej podajcie gg tak będzie szybciej)
2. Jeśli potrzebujecie mrocznego szablonu lub CSS'a to też piszcie w księdze.
3. Wczoraj założyłam forum a już mam bardzo wiele postów. Jeśli chcecie porozmawiać o moim blogu lub o różnych innych rzeczach to zarejestrujcie się. W prawym dolnym rogu obrazka jest button przenoszący na forum. 4.Teraz już możecie czytać!

Przyjaciółki patrzyły na Eveline. Nie wiedziały czy uciekać, czy porozmawiać z nią. Kobieta najpierw zabiła człowieka mówiąc, że nic mu się nie stało, a teraz straszy je, że stąd nie ma ucieczki. Kamille zapytała szeptem:
-Eveline ty zapominasz?
-Ja nigdy nie zapomniałam i nie zapomnę niczego.
Dziewczyny spojrzały na siebie porozumiewawczo. Myślały, że kobieta będzie jeszcze przez jakiś czas uczyć ich życia na tym świecie, jednak się myliły.
Charlotte zabrała to po co przyszła i razem z Kamille wyszły z bazy. Eveline została w środku.
-Co my teraz zrobimy? - Kamille wyglądała jakby miała się rozpłakać.
-Coś się wymyśli... po pierwsze: czego my tu chcemy?
-Uciec stad... wrócić do naszego świata!
-Ale po co? Czy tam jest lepiej?
-No... tak.
-Może... - Charl popatrzyła w niebo - Myślisz, że to co tu jest dzieje się naprawdę?
-Owszem, tak sądzę - odpowiedziała śmiertelnie poważna przyjaciółka.
-To co teraz robimy... Trzeba znaleźć sobie porządne mieszkanie...
-Przecież mieszkacie u mnie.
Charlotte znowu podskoczyła ze strachu.
-Mówiłam żebyś nas nie straszyła!
-Fakt...
-Eveline... Ty nadal pamiętasz...
-Ale czego miałabym zapomnieć? I dlaczego zostawiłyście mnie samą w tej bazie?! Wiecie jak się bałam?! Kto by mnie obronił przed ewentualnym napastnikiem? Nie umiem się posługiwać bronią!
-Eveline ale ty przecież zastrzeliłaś człowieka... Masz pistolet...
-Nie mam i nigdy nie miałam!
-Pokaż się.
Charlotte sprawdziła kobietę. Rzeczywiście nie miała ona przy sobie broni, ani miejsca, w którym mogłaby ją ukryć.
-Wracamy już?
-Wracamy...

*****



W domu Charl uczyła przyjaciółkę strzelać z pistoletu. Rozmawiały dużo o Eveline i o Warszawie Pod Światem. Im bardziej ją poznawały, tym bardziej chciały wrócić do swojego dawnego domu. Wiedziały też, że szanse są niewielkie. Jeśli tylu ludziom nie udało się wrócić to co mogą zdziałać one...
Po paru godzinach Charlotte postanowiła pozwiedzać ruiny. Myślała, że może znajdzie coś lub kogoś ciekawego. Może dowie się czegoś więcej. Jedynym problemem była Eveline.
-Jak zostawić ją w domu? - zastanawiała się dziewczyna.
W końcu zdecydowała się wymknąć tak by kobieta tego nie zauważyła.
-Możemy wyjść przez okno, będzie najszybciej. Boję się jednak że ściana posypie się pod naszymi nogami. Jesteśmy w końcu na 3 piętrze. Stąd nie tak łatwo zeskoczyć...
-Trzeba spróbować - było to pierwsze tak odważne zdanie, które padło z ust Kamille.
-Idziemy. Pamiętasz czego cię uczyłam? Jak strzelać?
-Tak.
W oknie nie było szyb. Jedyną osłonę przed zimnem dawały grube zasłony. Charl weszła na parapet i przerzuciła nogi na druga stronę. Złapała się jednaj z licznych szczelin w ścienie. Przywołała gestem przyjaciółkę i razem, bez większych przeszkód dotarły na dół.
Teraz musiały się oddalić od Eveline. Skryte w mroku przemykały się jak cienie blisko ścian.
-Zauważyłaś, że ludzie tutaj chodzą pojedynczo. Tylko my jesteśmy dwie... - gdy dziewczyna skończyła mówić odwróciła się by zobaczyć reakcje przyjaciółki. Jej jednak nigdzie nie było.
-Kamille... - wyszeptała zdezorientowana.
Teraz zamierzała krzyknąć jednak ktoś podbiegł do niej od tyłu i zatkał jej usta. Charlotte czuła na plecach delikatny oddech. W mroku nie wiedziała napastnika.
-Cicho! Zaraz cie pusze ale pamiętaj: nie możesz nic mówić...
Po głosie dziewczyna poznała, że był to chłopak. Najprawdopodobniej bardzo młody ale i silny.
Gdy wreszcie była wolna chłopak niespodziewanie mocno chwycił ją za rękę i pociągną w stronę drzwi. Gdy byli już w środku zdjął kaptur, który dotąd zakrywał jego twarz i powiedział rozbawiony:
-Hehe nowa... - a potem poważniej - Dziewczyno zapomniałaś, że przez Mrokiem należy się ukrywać?!
-Kim... kim jesteś...
-Jestem Yakuzi, urodziłem się na tym świecie jednak daleko stąd - w ruinach Tokio.
-Jak to? Na tym świecie nie można się urodzić! Przecież jesteśmy duchami!
-Kto ci takich bzdur nagadał? - zapytał jeszcze bardziej rozbawiony dziesięciolatek.
-Eveline...
-A pewnie ta z Warszawy Nad?
-Tak...
-Ty też jesteś stamtąd, wiem... Wiem o tobie więcej niż myślisz... obserwowałem cię na tamtym świecie... miałaś wspaniałych rodziców...
-Kłamiesz! Nie mogłeś znać moich rodziców! Przecież miałeś wtedy ze dwa lata!
-O nie, nie... Mało wiesz, mało...
-To mnie uświadom!
-Nie teraz. Tutaj nie jesteśmy bezpieczni...
-Ja w ogóle nie czuję się bezpiecznie w towarzystwie takiego malucha...
Na te słowa Yakuzi machnął tuż przed nosem dziewczyny długą japońska kataną. Miecz mimo panującego wokół mroku zdawał się błyszczeć. Na rękojeści były wyryte jakieś dziwne znaki.
Charl stała nieruchomo czekając co powie chłopak. Ten tylko odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
-Poczekaj!
-Zmieniłaś zdanie? - zapytał nie odwracając się.
-Opowiesz mi o wszystkim prawda?
Yakuzi tylko się uśmiechnął.

*****



Chłopak prowadził Charlotte wąskimi uliczkami, ściekami i korytarzami nie zatrzymując się. Stara Warszawa wszędzie wyglądała tak samo. Przynajmniej tak się wydawało Charlotte. Wszystkie te ruiny zatopione w wiecznym mroku sprawiały wrażenie od zawsze zapomnianych. Każda smuga światła była tu rzadkością.
Yakuzi zatrzymał się przed niewielkim, podobnym do całej reszty budynkiem.
-Ty się tu nie gubisz?
-Gdybyś żyła tu tak długo jak ja też byś się to swobodnie poruszała. Nie życzę ci jednak tego. Chodź.
Po wejściu do środka dziewczyna oniemiała. Stała na środku wielkiej sali. Dookoła były setki drzwi. Popatrzyła wyczekująco na młodego przewodnika. Ten otworzył jedne z wielu takich samych drzwi i wyjął stamtąd katanę podobną do swojej tylko nieco krótszą.
-Trzymaj! - rzucił broń dziewczynie. Ta nie złapała i skaleczyła sobie dłoń - Uuu... widzę, że mamy dużo pracy...
-Ale ja przecież mam pistolety! One są łatwiejsze w użyciu i skuteczniejsze!
-Jak juz mówiłem ty nic nie rozumiesz. Tutaj nie można zabić. Najbardziej unieszkodliwisz przeciwnika jeśli go porządnie okaleczysz. Tutaj nie ma śmierci...
Charlotte nie pamiętała jak długo Yakuzi uczył ją posługiwać się tajemniczym mieczem. Wiedziała za to, że trening bardzo bolał...

*****



Dziewczyna obudziła się w małej sypialni. Była cała posiniaczona i pocięta. Otworzyła szerzej oczy i ujrzała piękne światło. Odkąd znalazła się w Warszawie Pod nigdy nie widziała tak jasnego słońca. Pokoik także był bardzo zadbany. Po chwili drzwi się uchyliły i Charl ujrzała Yakuziego.
-Nie zachwycaj się tak tym. To tylko złudzenie ale potrafi uchronić przed depresją - zaśmiał się.
-Złudzenie?
-Pamiętasz wczorajszą salę? Też była złudzeniem. Bardzo się napracowałem zanim to stworzyłem...
-Sam to wszystko zrobiłeś? Jak?
-Siłą umysłu. Ale to nie ten etap szkolenia. Tego dowiesz się później. Teraz chodź na trening.
Dziewczyna nie mogła się podnieść. Zanim chłopak zniknął zapytała:
-Pomożesz mi znaleźć Kamille?
-Do tego właśnie dążę. Musisz ćwiczyć. Chodź.
I znowu to samo. Kolejne cięcia i parowania dziwnymi japońskimi katanami. Nowe rany i siniaki. Nowe pytania.
Po zakończeniu pierwszej części treningu Charlotte nie mogła się powstrzymać.
-Zjemy coś wreszcie?!
-Musisz się nauczyć cierpliwości i wytrwałości.
-Zaraz padnę jak czegoś nie zjem!
-Poczekaj a wpłynę na twój umysł tak, że nie będziesz musiała jeść.
-Nie będziesz wpływać na mój umysł!
-Jak chcesz. I tak juz to zrobiłem...
I chłopak rzucił się z mieczem w stronę dziewczyny. Ona z łatwością odparowała pierwszy cios jednak po kolejnym - celnym, coś się w niej zmieniło. Wyjęła zza paska pistolet i wycelowała w stronę dziesięciolatka.
-Strzelaj i tak mi nic nie zrobisz. Pamiętaj ja chce ci tylko pomóc...
Charlotte opuściła broń. Wzięła do ręki katanę i zaczęła walczyć. Po dłuższym czasie padła nieprzytomna na ziemię.
-Tego się obawiałem...
Nagle z hukiem otworzyły się drzwi. Mrok wtargnął do całego pomieszczenia. Po chwili z cienia wyłoniła się Eveline. Yakuzi wyglądał na bardzo zdenerwowanego.
-Kobieto mówiłem ci juz: zostaw ją w spokoju!
- I ty mały myślisz, że cię posłucham?!
-Nie masz wyboru...
Eveline wyjęła swój pistolet i wymierzyła w chłopca. Nie trafiła go. Yakuzi szybko odskoczył i biegł w stronę kobiety. W ostatniej chwili zamachnął się i zadrapał ją mieczem. Ona stała i patrzyła z pogardą na zmęczonego treningiem japończyka.
W tym czasie Charlotte zdążyła odzyskać przytomność. Lekko rozkojarzona wstała i chwyciła katanę. Bo dłuższym czasie zorientowała się, że w sali odbywa się prawdziwa, niebezpieczna walka. Usłyszała jeszcze krzyk Yakuziego i potem nie było juz nic...

komentarze [20]

•Rozdział pierwszy: Drugi świat•
sobota, 10 marca 2007
15:03:24
komentarze [14]

Życie Charlotte i Kamille od tej pory całkowicie się zmieniło. Chodziły po bardziej lub mniej zatłoczonych miejscach, lecz nikt ich nie widział. Były jak duchy, a jednak coś je ograniczało. Nie mogły swobodnie przechodzić przez meble ani ściany.
Nie spotkały już tamtego agenta. Zniknął i zastawił dziewczyny bez opieki i pomocy. Przynajmniej one tak myślały.
Po pewnym czasie zaczęły spotykać innych ludzi znajdujący się podobnej sytuacji. Oni jednak upierali się, że tak było zawsze. Byli to zazwyczaj zwykli ludzie, czasem bezdomni. Charlotte zastanawiała się dlaczego nigdzie nie mieszkają. Mogliby przecież zająć każdy dom a i tak nikt by tego nie zauważył.
Także coś dziwnego działo się z pogodą. Słońce pojawiało się tylko na chwilę po to by zginąć za grubymi warstwami chmur. Zabawnie wyglądali ludzie z Warszawy Nad Światem, którzy nie czuli tego wszystkiego, nie uginali się pod silnym wiatrem…
-Witajcie! Jesteście tu nowe, prawda?
Charlotte szybko obróciła się. Za jej plecami stała jakaś kobieta i patrzyła na nie troskliwie. Miała może 30 lat. Przyjaciółki widywały tu zazwyczaj osoby koło pięćdziesiątki, więc trochę się zdziwiły.
-Tak... - odpowiedziała nieśmiało Kamille - A pani kim jest?
-Jestem Eveline. Pamiętam jeszcze jak się tu znalazłam, jednak to wspomnienie powoli się zaciera... Widziałyście tu pewnie różne osoby. Część z nich twierdzi, że tu się urodziła... Oni już zapomnieli...
-Ale... O czym pani mówi? - wyraźnie nie zrozumiała Kamille.
-Dobrze. Powiem od początku: nikt nie mógł się tutaj urodzić. Przyczyna? Jesteśmy duchami. Większość została tu ściągnięta mając 16-17 lat. Z czasem wspomnienia zacierają się do tego stopnia, że nie wiemy już jak było naprawdę. Ja jeszcze pamiętam. Szukanie rozwiązania zajęło mi ponad 15 lat... Wy jesteście jeszcze młode, więc to co odkryłam najlepiej teraz przekazać wam.
-Czyli pani też już zapomina? - Charlotte trochę się przestraszyła.
-Niestety... Macie niewiele czasu... Tak naprawdę nie odkryłam za wiele. Poznałam trochę zasady rządzące tym światem. Najważniejsze jest to, że tutaj jeśli czegoś bardzo chcesz, a do tego masz rozwiniętą wyobraźnię możesz to po prostu... wyczarować. To trudne. Musisz wyobrazić sobie każdy szczegół, dosłownie wszystko z czego dana rzecz się składa. Dlatego nadal tu jesteśmy...
-To znaczy, że jeśli chce komputer to mogę go mieć... od tak, pstryknę palcem a on będzie?
-Nie. To jest naprawdę o wiele trudniejsze. Musisz sobie wyobrazić cały komputer. Do tego musiałabyś przy okazji stworzyć elektrownię i miliony kabli.
-Ale przecież elektrownie juz mamy.
-Nie można korzystać z rzeczy z tamtego świata. To niemożliwe. Też już kiedyś próbowałam.
-To beznadziejnie - Kamille zrobiła minę niezadowolonego dziecka.
-Jest jeszcze coś. To co tutaj robicie nie wpływa na drugi świat.
-Czyli jeśli ja znajdę tutaj jakieś zwierzątko to w Warszawie-nad go nie będzie? – zapytała nieco bystrzejsza Charlotte.
-Dokładnie tak.
Przez resztę dnia Eveline opowiadała przyjaciółkom wszystko czego dowiedziała się podczas swojego pobytu w Warszawie Pod Światem. Z każdym zdaniem dziewczyny czuły się coraz bardziej bezradne. Nadal nie wiedziały po co tu są. Eveline także do końca nie była pewna.
-Nie wiem czym jest ten świat ani po co istnieje. Nie wiem czy mamy go zniszczyć czy zostawić takim jaki jest. Nie wiem nic...

*****



Eveline postanowiła zostać z dziewczynami dopóki do końca nie zapomni swojej przeszłości. W tym czasie zamierzała opowiedzieć im wszystko dokładniej.
Przyjaciółki dowiedziały się też trochę o poprzednim życiu kobiety. Okazało się, że uciekając przed Fantomami trafiła na ducha o imieniu Freedom, tego samego co Charlotte i Kamille. Pokazał jej on wejście do jaskini, mówiąc wcześniej, że już nie będzie odwrotu. Ona nieświadomie przechodząc przez portal wybrała życie w Warszawie-pod. Uniknęła jednak pewnej śmierci, którą mogły jej zadać Fantomy.
Nie widziała żadnego agenta. Jej obecną sytuację uświadomił jej umierający żołnierz. Wprowadził ją w ten świat i wytłumaczył kilka podstawowych rzeczy. Wtedy postanowiła zrozumieć...
Eveline mieszkała teraz w niewielkim, opuszczonym i nieco podniszczonym mieszkaniu, składającym się z dwóch pokoi, kuchni i łazienki.
-Ale przedwojenna chata - zdziwiła się Charlotte - Nie mogłaś wybrać jakiegoś drogiego apartamentu?
-To mieszkanie zostało zbudowane na początku XXI wieku. Większość z nich dawno została zniszczona przez Fantomy, a to co zostało wygląda właśnie tak - Eveline uniknęła odpowiedzi.
Przyjaciółki rozejrzały się po wnętrzu. Wyglądało gorzej niż ich pokój w domu dziecka. Było zagracone, na ścianach nie było farby ani tapet, sufit w kilku miejscach się sypał. Eveline zaprowadziła je do mniejszego pokoju.
-Trochę tu posprzątam i będziecie mogły tu zamieszkać - kobieta odgarnęła z twarzy kosmyk rozczochranych włosów. Widać było, że sprzątanie, a raczej przerzucanie niepotrzebnych rzeczy z miejsca na miejsce nie jest dla niej łatwe - Tutaj męczymy się o wiele szybciej niż w drugim świecie.
Charlotte zmarszczyła brwi jakby bardzo chciała sobie coś przypomnieć. W końcu zwróciła się do Eveline:
-Często mówisz na Warszawę-Nad drugi świat. Czy to znaczy, że ten jest pierwszy?
Kobieta nagle zmieniła wyraz twarzy. Spochmurniała, po czym odezwała się suchym głosem:
-Nie, nie zostaw mnie w spokoju przecież juz dużo ci powiedziałam!
-Dobrze, dobrze, pytałam z ciekawości.
-Proszę już sprzątnęłam. Wiecie gdzie mnie szukać.
Gdy Eveline wyszła Charlotte szeptem przywołała do siebie Kamille.
-Wydaje mi się, że ona cos przed nami ukrywa. Nie wiem czy możemy wierzyć ludziom, którzy tu są. Nie wiem nawet czy to są ludzie...
-Nie strasz mnie, bo na zawał padnę!
-W twoim wieku zawał zdarza się niezwykle rzadko...
-To pewnie ja będę tym rzadkim przypadkiem!

*****



Charlotte postanowiła wybrać się do pobliskiej opuszczonej bazy wojskowej po broń. Gdy była dzieckiem ojciec uczył ją jak obsługiwać pistolety laserowe i zwykłe. Mając takie doświadczenie dziewczyna nie zamierzała być bezbronna. Namawiała Kamille na wyjście.
-Ale ja wolę siedzieć tutaj! Czuję się bardziej bezpiecznie będąc wewnątrz jakiegoś znajomego pomieszczenia...
-Jesteś tu tak samo bezpieczna jak i tam. Tutaj zostajesz z tajemniczą Eveline a tam będziesz ze mną... - szantażowała przyjaciółkę Charlotte.
-No dobra juz idę z tobą!
-I o to chodziło!
-Mogę iść z wami? - odezwał się tajemniczy głos, wyłaniający się z ciemności.
-Eveline nie strasz mnie więcej! Możesz iść rób jak chcesz...
-Mogę się wam bardzo przydać.
-Mówiłam już możesz iść!
Skradając się w osłonie mroku opuściły nowy dom.
-Czego się boicie i przed kim ukrywacie?
-Przed wszystkim i wszystkimi! - krzyknęła Charlotte.
Ta dzielnica starej Warszawy była jedną z najbardziej zniszczonych i zapomnianych. Nie było tu ludzi z drugiego świata ani nawet duchów.
Bazy wojskowe za czasów Wojny Dusz były pilnie strzeżone. Potem, zniszczone i nikomu niepotrzebne zostały po prostu zapomniane.
Charlotte znała dokładnie całą drogę. Pamiętała te budynki za czasów ich świetności. Pamiętała żołnierzy walczących z Fantomami. Pamiętała też własnego ojca, ukrywającego małą Charl właśnie w składzie broni.
Wszystko to, cała ta sytuacja i wspomnienia sprawiły, że po policzku dziewczyny spłynęła łza.
"A miałam nie płakać" - upomniała się w duchu.
Po pół godzinnej wędrówce po dżungli ruin Charlotte, Kamille i Eveline dotarły do wielkiej, zawalonej hali. Charl odnalazła tylne wejście.
Szły długim, w niektórych miejscach zabarykadowanym korytarzem, który następnie przerodził się w salę.
-O ile dobrze pamiętam składzik jest gdzieś tam - dziewczyna wskazała ręką drzwi na drugim piętrze.
-Acha i my tam mamy wejść? - Kamille szykowała się już do powrotu.
-Dokładnie tak - uśmiechnęła się przyjaciółka.
-Ktoś idzie - wyszeptała Eveline.
Wszystkie trzy schowały się za ścianą. Jeśli naprawdę ktoś tu był to i tak prędzej czy później je znajdzie.
Nagle Eveline wychyliła się i szybkim ruchem przeturlała za kamienny blok. Nie wiadomo kiedy wyjęła pistolet i strzeliła. Przyjaciółki usłyszały tylko świst powietrza i przerażający pisk.
-Lepiej nie patrzcie - uprzedziła kobieta - Siedźcie tu spokojnie ja sprawdzę czy nie ma kogoś jeszcze.
-Zabiłaś ją? Skąd masz broń? Czemu nic nam nie powiedziałaś?
-Ciii... za wiele pytań...
-Możemy iść do składziku?
-Róbcie co chcecie, ja ostrzegałam. A ona żyje. W tym świecie nie można umrzeć. Tutaj jesteś skazany na wieczne męki w otchłani mroku aż do dnia gdy zjawi się On...
-Kto?
-Idźcie już! Mamy mało czasu...
Charlotte poprowadziła Kamille wąskimi szybami wentylacyjnymi. Gdy były już na miejscu Kamile zapytała:
-Wtedy z tatą też szliście tutaj kanałami?
-Nie. Widziałam gdzieś mapę tego budynku. Zapamiętałam tylko rozkład szybów...
-Acha, fajnie...
-Patrz! - Charlotte wyglądała jak dziecko, które pierwszy raz spróbowało czekolady - Oni zostawili tutaj całą możliwa broń razem z nabojami! Są nawet dodatkowe wkłady do laserów!
-Wybacz ale ja się na tym nie znam...
Charlotte przeglądała wszystko dokładnie. Musiała dotknąć każdego pistoletu, lasera a nawet wyrzutni pocisków osłabiających Fantomy.
-Nie damy rady wziąć wszystkiego... Masz ty weź to - rzuciła przyjaciółce prosty w obsłudze pistolet - Ja wezmę ten i ten... a może ten... A ty weź jeszcze ten...
-Charlotte musimy juz iść! - wołała z doły Eveline.
-Nie chcę z nią iść... - wyszeptała Kamille.
-Musimy ją poznać... Inaczej nigdy nie wrócimy do naszego świata...
-To jest teraz wasz świat - odezwała się Eveline - Stąd nie ma ucieczki... Nie ma powrotu...

komentarze [14]


Lay&html by Miziajka from Fallen Town